Mini blog Jurka Owsiakamarzec (ilość wpisów: 1)
05-03-2010 16:33
O dokładnie tyle większy jest artykuł o wizycie Andrzeja Leppera w jednym z warszawskich liceów od wiadomości o rozliczeniu XVIII Finału WOŚP. A wszystko to w „Gazecie Wyborczej”. Artykuł „Lepper w liceum” opatrzony jest zdjęciem i informacją, którą wszyscy ze wszech stron krytykują. Uczniowie, nauczyciele, kurator - wszyscy wizycie polityka są przeciwni, ale zarazem podkreślają demokratyczność i możliwość wyboru zapraszanych do szkół gości. Ja generalnie odebrałem to, jako wizytę, która nie powinna mieć miejsca. Samą ocenę tego faktu pozostawiam Wam. Ale nie to jest sednem sprawy. Wyciągnąłem wspomniany przeze mnie artykuł i porównałem go z informacją na temat rozliczenia Orkiestry. Wielkość wzmianki o WOŚP, to 5 na 4,7 cm, w tym pogrubiony tytuł „43 miliony WOŚP”. Autor w czterech zdaniach opisuje fenomen 40-milionowego kraju i powodzenia akcji, która od 18 lat, momentami wbrew logice i temu, co się wokół nas dzieje, wspaniale gra nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. I żeby nie było – Gazeta, jej szefostwo sami ustalają o czym mają pisać i jaki poświęcać temu czas i miejsce. Widocznie moment happeningu, samego rozliczenia, i porządku w kasie, nie jest czymś, co mogłoby stać się punktem wyjścia jakiejś większej opowieści.
Nawiązując do tematu, chciałbym w tym miejscu przypomnieć wielokrotnie podnoszony głos w temacie medialności polityków - najczęściej tych zwariowanych, niemądrych, za którymi ciągną się afery kryminalne, obyczajowe, którzy często skazani prawomocnym wyrokiem, kompletnie to olewając, nadal prowadzą aktywne (czytaj: pokazywane w mediach), życie. Na spotkaniach odbywających się podczas Przystanków Woodstock w Akademii Sztuk Przepięknych młodzi ludzie pytali naszych szanownych gości, wielkich luminarzy dziennikarskiego zawodu (Monikę Olejnik, Tomasza Lisa czy Tomasza Sekielskiego), czy aby tych politycznych szaleńców nie tworzą właśnie sami dziennikarze. Że przecież, kiedy w skutek oczywistych faktów, giną nam z oczu ze sceny politycznej, to niemal w minutę osiem zapominamy o nich. Bo żaden z nich niczego nie komentuje i dzięki temu nikt nie wsłuchuje się w ich głosy - mądre czy głupie. Po prostu zjeżdżają z naszych oczu, nie zawracając nam tym samym głowy i czterech liter, bo oczywiście po nich są następni. I ci młodzi ludzie na Przystanku Woodstock mówią, że jest to ogromny medialny śmietnik. A skutkiem jego działań jest fakt, że rzeczy kompletnie błahe i nieważne urastają do wielkiej rangi. I myli się je zarówno z tym co ważne, jak i z tym, co jest kompletną pierdołą. W tych sprawach Andrzej Lepper był istotnie mistrzem. Bo z gościa, który nie potrafił sklecić czterech zdań, wyszedł na polityka śmigającego przeróżnymi formułkami, które idealnie układają się w medialny słowotok.
Za moich czasów, pod koniec komuny, funkcjonowała kartka z bardzo zabawną układanką słowną mówiącą o wszystkim i o niczym. Poszczególne zdania typu „I w tych nadzwyczajnych okolicznościach jakże potrzebnych do osiągnięcia nowych celów”, można było dowolnie kojarzyć, łączyć i splatać ze sobą. A więc kratka z rogu lewego łączyła się z kratką z prawej góry i wszystko łapało sens tzw. idiotycznego ględzenia. Gra sama w sobie była przezabawna, inteligentna, a w sensie wypowiedzi… do potęgi durna. Jak się okazuje, do dzisiaj funkcjonuje ona wśród nas w takim samym stopniu. Słucham w TVN24 pani Pitery i obawiam się, że ona po prostu czyta z takiej kartki, która wisi na teleprompterze. Ta kratka funkcjonuje w oświadczeniach, w komentarzach, w ocenie działań pana Palikota, który posługuje się kompletnie inna kratką niż koledzy i koleżanki z jego partii. Słowolejstwo i odwracanie kota ogonem, czyli gadające głowy i słowna papa.
I jak już wspomniałem wcześniej, młodzi na Przystanku Woodstock to wszystko wypunktowali mądrze, pięknie i inteligentnie. Mało tego, adrenalina, która udzieliła się naszym gościom – dziennikarzom sprawiła, że przyznali oni rację Woodstockowiczom, zaczęli trochę wyjaśniać, tłumaczyć medialne zachowanie kręcące się wokół polityki. Na końcu opowiedzieli o tych mechanizmach generalnie bez miłości do opisywanych przez siebie bohaterów - wodolejców.
Dziesięć i pół raza większa wiadomość o Lepperze w liceum, niż o prawie 43 milionach złotych zebranych 11 stycznia przez całą Polskę. I żeby się potem ktoś nie zdziwił, gdy kolejne szkoły zaproszą naszego bohatera propagującego wiedzę o społeczeństwie. Nagle na fali newsów zacznie on znów wyrażać swoje opinie o tymże społeczeństwie, i ani się obejrzymy, a możemy przypadkiem stworzyć nowego Ministra Oświaty. Bo jeśli na funkcję prezesa Telewizji Publicznej lub członka Zarządu Doradczego TVP wystarczy z racji umiejętności zawodowych być tylko i wyłącznie fanem programów telewizyjnych i telewizyjnego pilota, to wizyty w kolejnych liceach mogą być absolutną i wystarczającą kwalifikacją do tego, aby zostać Ministrem Oświaty. Bo próżno byłoby szukać w tym artykule jednoznacznego głosu, który proponowałby, aby ten koleżka, skazany prawomocnym wyrokiem sądu (i to już chyba nawet drugim), nie był wpuszczany do takiej placówki, jaką jest publiczna szkoła. Tak mnie to naszło, choć strzał jest jeden na 360 w roku, bo generalnie gazet w ogóle nie czytam. Ale tak się złożyło, że będąc w poczekalni InterCity i wręczając honorową nazwę dla pociągu relacji Warszawa-Kraków wylicytowaną w czasie Finału, pochyliłem się nad gazetą, którą znalazłem na stole.
A wszystko to jeszcze przed tym, zanim uściskiem dłoń facetowi, który wylicytował naszą aukcję. Zwycięzca przemówił mile do zgromadzonych dziennikarzy, wyjaśnił im powody licytacji oraz to, dlaczego licytując pociąg i lot samolotem, wydał na to prawie 70 tysięcy złotych. Po tym wszystkim powiedziałem, że cała przemowa była tak miła, serdeczna i bardzo zrozumiała, że zabrzmiała jak orędzie Prezydenta. A on wtedy szybko wyjaśnił, że na Prezydenta nawet nigdy by nie startował, bo nie potrafi kłamać. Słyszałem oklaski, a potem na peronie odgwizdaliśmy odjazd pociągu.
(Jurek)
|