Mini blog Jurka Owsiakapaździernik (ilość wpisów: 5)
22-10-2007 13:32
Ta noc była pełna napięć, głównie z powodu tego bezprecedensowego oczekiwania. Na własne skórze przeżyłem to w sztabie Donalda Tuska. Myślałem, że aby tam wejść, trzeba mieć wejściówkę i specjalny glejt. Okazało się, że drzwi są otwarte dla wszystkich, zero kontroli, a w środku atmosfera miłego, towarzyskiego spotkania. Rodzinnie i przyjacielsko stanęliśmy więc z boku i najpierw pierwszy komunikat opóźniający, później kolejny i kolejny. A ja przypomniałem sobie, jak kilka lat temu ta sama komisja nie dała sobie rady z wyborami, które były maksymalnie skomputeryzowane. Wszystko się wywaliło, nie można było dojść do końcowych wyników. Wtedy powiedzieliśmy sobie, że urny wyborcze powinny być umiejscowione w szpitalach dziecięcych gdzie prowadzone są przesiewowe badania słuchu. My codziennie dostajemy stamtąd informacje i łączność działa bez zarzutu. Czyli: urna w recepcji szpitala, panie pielęgniarki za dodatkową opłatą (solidną i taką jak się należy!) przeliczyłyby głosy i migiem przesłałyby to naszym systemem łączności do centrali. Centrala mogłaby być u nas i także my migiem słupki byśmy podliczyli i wynik gotowy. Taniej, solidniej, lepiej.
Rzeczywistość jednak powołuje komisje i skutki tego po raz kolejny było widać, a przede wszystkim słychać, gdyż co i raz przedłużano ciszę wyborczą. W kilku rozmowach z dziennikarzami powiedziałem, że ktokolwiek wygra wybory, to przy tak ogromnej frekwencji nie ma przebacz i śliskim leszczem nie wytłumaczy się wszelkich niedociągnięć i niespełnienia swoich wyborczych obietnic. Kiedyś zadecydowała ćwiartka połowy, teraz ponad połowa bardzo świadomie i bardzo widocznie określiła swoje preferencje na najbliższe cztery lata. Jakie wyniki, każdy wie. Jedni zadowoleni bardzo, inni z opuszczoną głową, jeszcze inni po prostu przerażeni, bo przyjdzie czas na potężne rozliczenie swoich wybryków. Generalnie zaproponowano nam coś nowego i to nowe budzi optymizm oraz wiarę, że zacznie się budowanie, a to stare, dwuletnie, jest jak produkt spożywczy bez przedłużenia daty przydatności do spożycia. I tak jest, rządzący do tej pory zaproponowali nam klimaty dalekie od budowania autostrad, biznesu, wszystkiego tego, co poprawia naszą jakość życia. Chyba wszyscy byli zmęczeni ciągłą obławą, pogoniami, ujawnieniami, czyli całym tym zgiełkiem, który przeżywaliśmy my, starsi, ileś lat temu, a wobec której młodsi jeszcze niedawno byli obojętni. Aż wreszcie ich to wnerwiło i spowodowało, że sięgnęli do swoich praw wyborczych. Dziś czuć optymizm, prawdziwą radość, coś dobrego we wzajemnych kontaktach. Optymistyczne były też końcowe przemówienia, wraz z hasłem, aby do roboty się udać. Osobiście – cały czas to robię i bardzo chętnie, i bez bólu, byleby tylko z korzyścią dla nas wszystkich. Bardzo dziękuję tym wszystkim, którzy poszli na wybory, którzy w tym uczestniczyli, bez względu na to, przy kim postawili krzyżyk. I cieszę się, że nasza stacja OTV mogła także zaistnieć emitując spoty promujące udział w wyborach w tym czasie polskiego pospolitego ruszenia. A Polacy za granicą? Szacunek, czapki z głów i trzy razy HURA!!! Jurek Owsiak ![]()
17-10-2007 12:29
Bardzo często czytam w prasie: „pechowo skończył się wieczór dla Zbigniewa Z., zatrzymanego za kradzież samochodu”, albo „wyjątkowy niefart miał 28-letni Stanisław S., który został przyłapany na gorącym uczynku…”. A nawet spotykam czasem takie opowiastki: „Tragiczny poniedziałek dla złodziei i paserów…”, i dalej wyjaśnienie wpadki złodziei i ich odbiorców, sugerujące, że jakby to był wtorek, to może by się udało. Taki ton informacji dziennikarskich bardzo często spotykam przy krótkich newsach z tzw. kronik kryminalnych miasta. I zawsze zachodzę w łeb - jaki pech? Jaki niefart?
Z drugiej strony, wielokrotnie powtarzam, że kiedy zdarzy się kryminalna sytuacja związana z oszwabieniem Orkiestry, to (na szczęście!) sądy są bez znieczulenia. Można być zwolnionym z odpowiedzialności za tzw. krótkotrwały zabór mienia (kradzież samochodu z wyrwaniem klamki, rozpruciem stacyjki, ewentualną blacharką powypadkową). Można mieć odpuszczenie kary za powiedzenie o kimś, że złodziej, oszust, taki, siaki i owaki, kryjąc się za tzw. prowokacją polityczną. Można komuś obić ryja przy innych, czy nalżyć funkcjonariuszom państwowym. Można kupić… Kupić to pół biedy! Można sfałszować (!!!) głosy wyborców i nie doczekać się jakichkolwiek skutków prawnych, a wręcz przeciwnie – bywać na salonach politycznych, wystawiać pysk do kamer i rękę do uścisków. No takie jest życie i jego realia. Najbardziej przy tym wszystkim boli, kiedy wszystkie ze stron – i te, które mają być ukarane, i te, które mają karać – o prawie mówią górnolotnie, z wielkim poczuciem misji. Za to w jednej sprawie, za co ukłon i szacunek, polskie sądownictwo sieje jak polscy żołnierze na wszystkich frontach II Wojny Światowej. Po prostu nie ma przebacz i wyroki zapadają twarde, surowe, a potem pojawia się ton dziennikarzy komentujących te zdarzenia (komentujących!!!) ludzki i normalny. Przykład? Otóż gościu we Włocławku wylicytował za 4 tys. złotych złote serduszko. Następnie go nie wykupił i tak prawdę mówiąc na końcu dał dyla. Kupił ktoś inny, ale organizatorzy zbiórki i licytacji nie odpuścili koledze, skierowali mianowicie sprawę do prokuratury. Zapadł wyrok – 10 miesięcy więzienia. I to natychmiast, i to już. Marek S. pójdzie siedzieć. Tytuły artykułów: „Posiedzi za serduszko”, „Nie chciał zapłacić za serduszko”, „Kara za serduszko”, „Twarde serce oszusta” (i tutaj, uwaga, artykuł zaczyna się adekwatnym do sytuacji słowem – „Niechlubnym wyczynem popisał się 46-letni Marek S…” – na szczęście nie ma słów o pechu, czarnej niedzieli, wpadce, niefarcie), dalej „Liczba dnia – 10! miesięcy więzienia”, albo wytłuszczonym drukiem „karę”, a potem już normalnie „10 miesięcy więzienia”, czy „Serduszko bez serca”. Ale zdarzają się także tytuły, które można bardzo różnie odbierać, np. „Więzienie za serduszko Owsiaka”. Wyobraźcie sobie, jedziecie autobusem, czytacie ten tytuł, autobus hamuje, pasażerowie lecą do przodu. Wy z nimi. Ogólny kocioł i galimatias. Generalnie publiczność w autobusie poprzestawiana kompletnie inaczej, jak to przy hamowaniu. Autobus jedzie dalej no i chcecie poczytać, a tu gazeta znikła. To zaczyna się kombinowanie – co Owsiak zrobił z tym serduszkiem, że jest za to więzienie? Czy nie robi się jak w tym znanym kawale o Placu Czerwonym? Generalnie biorąc, zanim dojdziecie do ocelu, w głowie może się tak zakłębić od myśli, że gdzieś na końcu ktoś powie „Owsiak siedzi w więzieniu! Za co? Za serduszko! No popatrz Pan, a nie mówiłem?” Jurek Owsiak ![]()
07-10-2007 20:50
Jerzy Robert Nowak nie był współpracownikiem SB, UB, a przynajmniej, jeśli był, to wyluzujmy, bo taki z niego współpracownik, jak ze mnie murzyn. Żadnych rewelacji, żadnych ważności, takie tam drobnostki mało istotne i nieporównywalnie mniejszej wagi, niż zajęcia zawodowych szpiegów, agentów i komunistycznych Jamesów Bondów. Znamy Jurka, więc wiemy.
Jak pisaliśmy wcześniej, poróżniła nas Jamajka, niepotrzebnie i głupio, bo Jurek nie jest wielkim znawcą muzyki rockowej, a wszelkiego rodzaju ekstremalności zawsze i wszędzie psują atmosferę. A z donoszeniem Jurka, co niestety na listach IPN jest dosyć wyraźnie czytelne, było prozaicznie prosto. Spójrzcie na profesora. Ma 67 lat… Spójrzcie ile włosów ma na głowie! To jak fenomen, którego tylko pozazdrościć, kiedy zewsząd podobni jemu straszą łysinami, zaczeskami, dziwnymi kompozycjami resztek włosów. To zadajmy sobie teraz pytanie – ile tych włosów było lat temu trzydzieści, czterdzieści? I teraz czujecie problem Jurka? W lato jeszcze jakoś uchodziło, słońce, wiatr, cała przyjemność w ich suszeniu… Ale zima??? I musicie sobie teraz, młodzi Polacy, zdać sprawę z jeszcze jednego. Lata 70-te to kłopot, aby kupić cokolwiek co jest potrzebne do codziennego życia. Młynek do kawy, czajnik na prąd, prodiż (do pieczenia ciasta) czy suszarka do włosów to były rzeczy niemal nieosiągalne. To się zdobywało, uruchamiało znajomości, mamiło, wchodziło się w małżeństwa sklepowe, magazynowe. W przypadku Jurka zadziałał wtedy prosty mechanizm dotyczący, niestety, wielu tysięcy Polaków. Można otrzymać talon na suszarkę. Były talony na meble, na samochody, talony do szczęścia i do zrealizowania marzeń. Głupie, co? A jednak tak było. Mało tego – talon nie oznaczał otrzymania danej rzeczy. Dopiero z talonem i z pieniędzmi szło się po odbiór upragnionej rzeczy. Jurek otrzymuje talon na suszarkę, później jeszcze na inne drobne przedmioty gospodarstwa domowego jak czajnik, odkurzacz… I nie zdaje sobie sprawy, że ci, którzy talony wręczają, za moment poproszą o drobne przysługi. Na przykład – ile osób przyszło na wykłady Latającego Uniwersytetu? Albo – o czym mówią ludzie jak się zbiorą w kilkunastu czy to przy wódce, czy to przy rybach. Takie drobnostki, można rzecz – pierdoły. I proza życia. Dylemat – 20 milionów mokrych włosów, co grozi najnormalniej w świecie chorobą, czy krótki opis byle czego o byle czym. Ja się Jurkowi nie dziwię, że wybrał byle co o byle czym. Komponował te listy dosyć często, ale to tylko dlatego, że chciał także załatwić swoim przyjaciołom suszarkę, młynek do kawy, żelazko. Po prostu był w tym dobry. Pomagał. Wyciąganie teraz tych pierdół ani smaczne, ani potrzebne. Jurek robi swoje i jeszcze tylko brakuje, żeby ktoś powyciągał te jego profesury na wierzch. A co to komu szkodzi, że nazywa się profesor, i do tego habilitowany? Nie, nie. Jurek Owsiak ![]()
05-10-2007 8:59
Jurek (nie, nie Owsiak, tylko mój imiennik, prof. Jerzy Robert Nowak) napisał, co następuje:
„Zastanawialiśmy się na przykład, dlaczego Jerzy Owsiak jest taki antykościelny, dlaczego odsuwa Przystanek Jezus, a nagłaśnia Woodstock, wulgarnie atakuje Kościół, biskupów. Ale jak ktoś wywodzi się z dość szczególnej rodziny – ojciec wysoko postawiony milicjant, matka ateistka – to wszystko jest jasne.” Cytat się znalazł w naszym ulubionym organie Nasz Dziennik, a Juras dał komentarz do idei wychowania, upadku moralności i innych wartości, które jak w sam raz w wymiarze upadku w 100% kojarzą mu się z moją osobą. Nos Jurkowi jak kłamczuchowi Pinokio może urosnąć z jednego powodu. Ani nie pyszczyłem na biskupów, bo i po co, ani nie jestem antykościelny, bo niby o co chodzi i chciałoby się ryknąć „Jureczku, fakty, błagam, fakty!”, ani się nie spinamy na Przystanek Jezus, co w kontekście, że jesteśmy gospodarzami tego terenu ma się ni w pięć ni w dziewięć do tych jurkowych uwag. Nie wspominam nawet o tym, że od kilku lat z Przystankiem Jezus kopiemy piłkę. Fakt, że przegrywamy, ale mecze odbywają się w bardzo sportowej i niespotykanej na polskich stadionach atmosferze. Całe to łgarstwo Jureczka wynika z jednego – i aż mi głupio o tym pisać, ale sam Juras temat wywołał… Jurek się z nami pokłócił. Lubił nas, cenił, kochał, wręcz uwielbiał. I nagle hyc, myc, drobiazg, pierdoła i obrażenie. A co za tym idzie, jak to bywa, zaczynają się przytyki, pomówienia, takie różne złośliwości. O co Jureczkowi poszło? Nie uwierzycie… O muzykę. Parę ładnych lat temu Jurek napisał gdzieś w gazecie: „Przystanek Woodstock to jedno z niewielu miejsc w Polsce, ba – w Europie, gdzie muzyka tchnie wolnością, nieskrępowaniem komercyjnych wynaturzeń, gdzie muzycy nawet ci, którzy nie są z najwyższej półki, przekazują ludziom bardzo wzruszające wibracje i szczerość wystąpień. Można dyskutować na konkretnymi wykonawcami, ale przedstawione na Przystanku Woodstock projekty muzyczne konsekwentnie kierują do młodych ludzi pokojowy przekaz i zdecydowanie treści przeciwstawiające się życiu łatwemu, pustemu, życiu bez chociażby cienia idei czy zaangażowania w cokolwiek”. My byliśmy bardzo zdziwieni, że człowiek, który na co dzień, wydawałoby się, jest obojętny wobec takich zjawisk, człowiek, którego bardziej zajmuje życie duchowe, niepokoje o Polskę, niż wielki rockowy festiwal, pisze tak niezwykłe felietony o Przystanku Woodstock. No więc odpisaliśmy. Nawiązała się nić porozumienia, nasza korespondencja choć nieczęsta, przez jakiś czas istniała i była serdeczna, ciepła, co więcej, mimo momentami różnych różnic, konkretna i pogodna. I wszystko poszło o projekt Jah Division. A konkretnie o wokalistę, Kubańczyka, mieszkającego w Moskwie, wychowującego się jeszcze w Rosji radzieckiej, syna rewolucjonistów kubańskich, człowieka który jest rastafarianinem śpiewającym reggae, którego jedynym językiem jest język rosyjski, a który także w rzeczywistości okazał się ciepłym, przesympatycznym artystą gorąco przyjętym na Przystanku Woodstock. I wobec niego Jureczek powiedział krótko: „ruski Kubańczyk, ruskie reggae… NIE! To jest zła karma dla Przystanku Woodstock”. My zdziwieni, bo Jurek jest znany wszędzie jako człowiek tolerancyjny, wybitnie przyjacielsko nastawiony do świata. I uparł się, co na początku wyglądało na lekkiego bzika, a co w ostateczności skończyło się listem skierowanym do nas, którego nawet nie będę cytował. Próbowaliśmy tłumaczyć - nie ruski Kubańczyk, a odwrotnie, Kubańczyk ruski. Dla Jureczka reggae jest tylko jedno – jamajskie, i z bólem akceptuje on naszych Indios Bravos, Habakuka, czy Natural Dread Killaz. Pierwszy list nieprzyjemny, a drugi z lekkimi pogróżkami. My, jak zwykle w takich sprawach, staramy się przeczekać, bo czas potrafi wszystko wyjaśnić. A nigdy wcześniej Jureczek nie stosował żadnych sytuacji „niesmacznych” w stosunku do nas na łamach Naszego Dziennika, choć wiedzieliśmy, że z tymi mediami współpracuje. Nie wytrzymał, palnął głupotę i zrobił jeszcze osobistą wycieczkę. Jurek! W sprawach o których skłamałeś, już napisałem. O ojcu mówię wszędzie, ale pamiętaj, że w odróżnieniu od innych ojców i innych dzieci tych ojców, ja zrobiłem bardzo dużo dobrych rzeczy z przyjaciółmi i po tylu latach jakoś nikt mnie nie kopie po dupie za jakąkolwiek lewiznę. A co do mamy – też skłamałeś, nie jest ateistką, nie wiem skąd Ci to przyszło do łba i pochyl się z dobrą myślą nad nią, bo bardzo choruje i jakoś opatrzność nie chce jej ulżyć cierpieniom, tylko ciężko się ściera z teraźniejszością. Pisząc te słowa o mamie, zachowałeś się po prostu niegodnie. To wszystko. Spójrz w lustro i uważaj na nochala. Jurek Owsiak
04-10-2007 10:45
Dzwonią do mnie gazety z pytaniem, czy idziemy na wybory. Mało tego, czy idziemy… Pytają, jaka jest świadomość tych wyborów i po co te wybory i czy młodzież trzeba namówić i czy to jakiś ma wpływ… Takie różne pytania, które tchną oczywistością. No pewnie, jeśli nie chce się później mordą kłapać, że coś nie tak, to wybrać należy, chociażby dla zmiany, jeśli nie mamy konkretnych upodobań politycznych. Kiedyś płakaliśmy, że głosowanie i tak wpływu na nic nie ma. Teraz, kiedy ma, ogarnęło połowę narodu lenistwo. A druga połowa podzielona jeszcze na połowę biegnie do urn i później dla jednych – zadziwiające, dla innych – fantastyczne wyniki głosowania.
A ja sobie pomyślałem, że tak naprawdę dzisiaj do akcji powinni włączyć się lekarze. Bo jakby się tak zastanowić, skąd bierze się ten cały polityczny kwas, to może bierze się on po prostu z niewyspania, zatrucia organizmu, stresu, czyli typowych dolegliwości przy których lekarz mówi pacjentowi krótko: „proszę natychmiast zmienić tryb życia, wyjechać z dala od zgiełku, oddać się gwizdaniu, odespać, nie kontaktować się z ludźmi, wyciszyć się od mediów… Ale zacznijmy od tego, że odda Pan/Pani mocz, wyrwiemy kilka kropel krwi, zrobimy USG trzewi i pogmeramy trochę w tym, co wydalacie”. Choróbska, choróbska i jeszcze raz choróbska to coś, co owładnęło naszymi politykami, którzy są niedospani, struci słowami, z bolącymi sercami i z tym wszystkim co znajduje się później z wykrzyknikami w moczu, czyli z całym tym stresowym zgiełkiem. Rządzą nami chorzy ludzie, którzy wymagają natychmiastowej terapii z dala od swoich sejmowych siedlisk. Jestem przekonany, że gdyby nawet wszystkie te mordy dostały zwolnienia lekarskie na miesiąc czy dłużej, to mało, że jestem przekonany, ale jestem pewien na 100%, że państwowość toczyła by się bez zgrzytów, pociągi dojechałyby punktualnie, żurawie dźwigowe śmigałyby z jeszcze większą energią, budując, wznosząc, chociażby jakiś na początek stadionik, czy ryjąc tunel pod bezpiecznym przejazdem. Bo każdy z nas, obywateli, równie momentami przemęczonych, potrafi zadbać o swoje, nie napinając się na cudze, budując swój los wytrwale i prawdę mówiąc, potrafiąc nawet dodatkowo w zębach odnieść należną państwu daninę. I nie pogniewałaby się cała polska publika gdyby lekarze przedłużyli te zwolnienia z mocą urzędową ich wykonywalności. Jestem przekonany, że gdyby nasi politycy wrócili po paru miesiącach wypoczęci, wyspani, z pyskami jak obwarzany dorodnymi, wzrokiem przejrzystym, to zauważyliby że nic tu po nich, nikt foteli nie zajął, ale także nie potrzeba w nich siadać, wszystko wokół pręży się doskonale, a oni mogliby się zająć tym, co po tych kilku miesiącach wychodziłoby im najlepiej – gwizdaniem. Najpierw pikniki, potem mitingi, na końcu festiwale. Można byłoby tylko posłuchać, pobić brawo, pójść do domu i robić swoje. Jurek Owsiak ![]()
|