Mini blog Jurka Owsiaka

wrzesień (ilość wpisów: 2)
13-09-2007  19:21
Pani dr Wujkowska, kobieta-lekarz, która podważyła zasadność zbiórki krwi na Przystanku Woodstock, spotkała się z bardzo jednoznaczną oceną nie tylko w mediach, ale i w środowisku medycznym. Istotnie, palnęła okropną głupotę, jakby nie zdając sobie sprawy, że gdziekolwiek i od kogokolwiek by się dziś krwi nie pobierało, robi się to w bardzo bezpiecznych warunkach.
Eliminacja niezdatnej do transfuzji krwi następuje później, na podstawie wnikliwych badań, a reszta może być użyta. Rozumiem, że panią dr Wujkowską pogoniła do napisania swojego felietonu złość i ogólna ideowa niechęć wobec tego co robi Orkiestra, a Przystanku Woodstock w szczególności. I takie komentarze mogę zrozumieć, choć bardzo często wynikają one także z niewiedzy na ten temat. Ale podważanie metody pobierania krwi to przy okazji ryzyko wystawienia się na pośmiewisko ze strony grupy zawodowej jaką reprezentuje p. Wujkowska, czyli lekarzy. Zresztą z tej strony spotkała się już z uwagami Naczelnej Rady Lekarskiej. Tego już się nie zbędzie kolejnym felietonem, gdzie słowem można odbierać prawo do wszelkich opinii. Naczelna Rada jest poza wszelkimi podziałami politycznymi i reprezentuje w sposób najbardziej bezpośredni polskich lekarzy.

Idiotyzmem jest, że w kolejnym artykule Nasz Dziennik, walcząc o honor swojej pani doktor, podważa już wszystko co jest do podważenia, zapiekle broniąc jej postawy. Na dowód pokazuje zdjęcie, gdzie kilka osób leży na podeście (w domyśle – pijanych). Co jest bardziej dowodem na naszą tezę – otóż ci śpiący/leżący na pewno krwi nie oddali. Za to, przypominamy, krew oddało 1472 osoby, z której to zbiórki odrzucono krew 4 osób. Podkreślamy – 4 osób. Kolejnych 500 młodych Woodstockowiczów nie zdążyło się już na zbiórkę załapać. Krajowe Centrum Krwiodawstwa, instytucja niezwykle istotna i ważna, wręcz autorytatywna, a także regionalne stacje krwiodawstwa, na których wyposażeniu są ultranowoczesne ambulanse z przeszkoloną załogą lekarzy i pielęgniarek, wg p. Wujkowskiej popełniły błąd i naraziły na ogromne ryzyko tych, którzy z krwi później korzystają.

Więc sami zadajmy sobie pytanie – czy rację miała p. Wujkowska, czy ogromna, sprawdzona i niezwykle potrzebna polskiej służbie zdrowia machina krwiodawstwa. Już za komuny wartości ideologiczne, wręcz ideologiczny dyktat często odsuwał rozsądek daleko w tył. Moim zdaniem, niestety, ten ideologiczny bełkot, nie mający nic wspólnego z religią, wyznaniem, chrześcijaństwem, jest we władaniu kolegów i koleżanek z Naszego Dziennika.

Bo co by nawet p. Wujkowska powiedziała na kolejną, krótką notatkę dziennikarską, która ukazała się w Naszym Dzienniku, pod wszystko mówiącym tytułem „Figa dla fundacji Owsiaka”. Po moim liście do o. T. Rydzyka (patrz – wpis wyżej) wniosek, który wyciągnęła gazeta, był jeden – ojciec Rydzyk dostał, a Fundacji figa. Tylko że ta figa w tym przypadku oznacza brak szkoleń dla personelu medycznego, dotyczących ratowania życia ludzkiego na oddziałach powypadkowych czy intensywnej terapii. Ta figa z makiem oznacza, że ileś osób nie przećwiczy pewnych czynności, które przy wielu zabiegach są niezbędne. Mówiąc demagogicznie – brak tych umiejętności może skutkować czyjąś śmiercią. To nie jest figa dla Jurka Owsiaka i Fundacji. To jest figa dla działań wolontariackich przy nauce procedur medycznych, których nie są w stanie na dzień dzisiejszy w taki sposób nauczyć instytucje państwowe. Na końcu, jest to figa dla chrześcijańskich zasad miłości bliźniego, które bez względu na podziały polityczne, rasowe, powinny wszystkich traktować jednakowo. Tymi bowiem walorami wspólnoty Kościół Katolicki zjednuje sobie ludzi. Ciekaw jestem jak ta figa jest pojmowana przez panią doktor…

A my komentujemy te doniesienia prasowe Naszego Dziennika nie dlatego, że jesteśmy czytelnikami gazety, tylko z racji zamawianego monitoringu prasy. Z drugiej strony, w pewnym sensie cieszy nas to, że dziennikarze Naszego Dziennika pochylają się nad nami, tak jak my pochylamy się nad nimi.
Tak więc po raz kolejny proponujemy kurs pierwszej pomocy, w którym między innymi zwrócimy uwagą na jedną z podstawowych zasad dotyczących wolontariuszy, ratowników i lekarzy – po pierwsze: nie szkodzić.

Jurek
10-09-2007  17:16
Mam taki mały cotygodniowy ból. Kiedy dostałem propozycję prowadzenia audycji radiowej w Radiu WAWA, zobowiązałem się także do minutowej prelekcji, czyli takiego krótkiego podsumowanie mówiącego o wszystkim, emitowanego w każdy poniedziałek rano.

Nagrywam to w niedzielę wieczorem i choć tematów nie brakuje, to złapałem się parę razy na tym, że gdy gaworzę o tych wszystkich sprawach z przyjaciółmi, znajomymi i mając możliwość nieskrępowanej wymiany myśli, robię to z dużą przyjemnością wiedząc, że robimy to w naszym gronie. Kiedy wyskakuję z tym publicznie, to dosadność znika, a ja zaczynam szukać odpowiedników wydarzeń w rożnych abstrakcyjnych sytuacjach i opowieściach. Kiedy na przykład minister Wassermann ujawnił część nazwisk szpiegów i ludzi działających w polskich służbach na świecie, to proponowałem, aby sięgnąć po stare dobre wzorce, chociażby z Kapitana Klossa. Tam ludzie mieli pseudonimy i potrafili sobie dać znać w niebezpiecznych sytuacjach na przykład doniczką na oknie. Jakiej jej nie było, to czyli że lekka wtopa. Inaczej kapitan Kloss nie dożyłby do końca wojny, ktoś by wysłał do SS jego namiary. I w ogóle odnosiłem się do wszystkiego, co już było, żeby czerpać z tego najróżniejsze wnioski.

I w ostatnim felietonie opowiedziałem o tym, jak mama czytała nam w dzieciństwie bardzo dużo książek. Moimi ulubionymi, między innymi, były bajki Brzechwy. Moją i brata wyobraźnię cudownie wypełniały opowieści o dalekich wyspach, skarżypytach, igle i nitce, siedmiomilowych butach, ale najbardziej niesamowite były „Szelmostwa Lisa Witalisa”. To z tego powodu, że już jako małe gówniarze doskonale rozumieliśmy, że lis przesadza na całego i cały czas nie mogliśmy zrozumieć, jak to jest że inne zwierzęta, które na co dzień „skarciłyby” Lisa skutecznie, skakały przy nim, dawały się ponieść i spełniały wszystkie jego zachcianki. Ciągle komentowaliśmy, przerywając czytanie – no teraz to Lis przesadził! Ale wiedzieliśmy, jak się bajka kończy. Lis dostał po dupie straszliwie, dwie łasicie przycięły mu ogon do zera, no i jeszcze ten tyrolski kapelusik na łbie… No klęska, wielka klęska. I nim zasnęliśmy, nasze nerwy były ukojone końcem bajki.

I tak sobie pomyślałem – ciekawe, w którym momencie tej bajki jesteśmy dzisiaj. Moim zdaniem jeszcze w kniejach. Lis czaruje. Jeszcze się pręży i pohukuje. Ale że przyroda ma swoje jednoznaczne prawa, to nie ma siły, Lisa i jego ekipy żywot raczej będzie krótki. Z drugiej strony - nie jest to bajka, a życie, więc niestety, niespodzianki mogą nas, nie czytelników, ale uczestników widowiska – zaskoczyć.

I mój ból jest w tym, iż nie poczułem ulgi, że zanim usnę, problem się rozwiąże. Od dwóch lat przykładam głowę do poduszki i nigdy nie myślałem, że mnie tak bardzo będzie obchodziło to, co się wokół nas dzieje. Trudno zgadnąć, co na następnej kartce, bo momentami wydaje mi się, że ludzkość w Polsce kompletnie straciła pogląd na rzeczywistość. Pocieszam się tylko tym, że także i w życiu rzeczywistym pewne prawa są nieuchronne i choć momentami trwa dość długo, zanim coś się wyjaśni, to jak to mówią, oliwa na wierzch wypływa.

Z drugiej strony – nie ma co narzekać, bo z czterech lat zrobiły się lata dwa, czyli gdzieś ten kredycik możemy szybciej uregulować, spłacić i zapomnieć o przeszłości… Czego życzę wszystkim, którzy pójdą wybrać to, co im najbardziej będzie odpowiadało.

Jurek
Strona Główna | English | Kontakt | Fundacja | Nasza działalność | Finał WOŚP | Przystanek Woodstock | Pokojowy Patrol | Uniwersytet | Uczymy Ratować | Medycyna | Forum WOŚP | Strony Jurka Owsiaka | Złoty Melon | OTV | Sklepik WOŚP | Radio Woodstock