Mini blog Jurka Owsiaka

styczeń (ilość wpisów: 1)
26-01-2008   1:38
Był bardzo ciepły wieczór, rok 2005. Ja i dwójka operatorów stawiamy się na Okęciu, ale nie przy wejściu głównym, ale przy bramie dla wojsk lotniczych. Wartownik odfajkowuje nasze nazwiska i wjeżdżamy na teren lotniska, gdzie będziemy odprawiani w specjalnym punkcie. To jest ten sam punkt, który także nosi nazwę vipowskiego. Czeka tu na nas ekipa, która za chwilę zabierze nas do samolotu.

Lecimy do Iraku, bezpośrednio, jednym rzutem, aby dostać się do polskiej bazy wojskowej w Diwaniyah. Doszliśmy z buta do samolotu, który w półmroku lotniskowych świateł jawił się jak bardzo zwarta i mocna bryła maszyny mającej nas zabrać w bardzo długą podróż. Nie jesteśmy sami, razem z nami w drogę rusza duża grupa Irakijczyków. Niektórzy mają założone turbany, ale widzimy także okrycia typowe dla dostojników muzułmańskich. Są też kobiety. Ogólnie dwadzieścia, może dwadzieścia parę osób. Ktoś nam tłumaczy, że to delegacja, która przyjechała do Polski z jakąś oficjalną wizytą. Cały czas o coś pytają, co później nam przetłumaczono jako pytanie o istotę ich podróży – czy lecą w klasie turystycznej czy w business class.

Do samolotu wchodzimy trapem od strony ogona. To już tłumaczy charakter tej maszyny, która jest takim latającym, wielkim pojemnikiem na wszystko. Może tutaj lecieć sprzęt, mogą ludzie, albo tacy „ważni” goście jakich tym razem mamy ze sobą. Widać zdziwienie, ale w środku czekają na wszystkich zawodowe fotele lotnicze. Takie, jak są instalowane w samolotach pasażerskich. Cała reszta budzi jednak lekką rezerwę, bo wewnętrzne ściany obłożone są czymś na kształt materacy. Wielkie, mające różne formy materiały, wypchane na kształt właśnie materacy, uszczelniają, albo może bardziej – izolują nas od aluminiowej powłoki samolotu. Wokół wewnętrznego kadłuba czerwone siatki z materiałowych pasów i wszystko to jako żywo przypomina ekspedycję wojskową. Nic tutaj nie zmieni tego faktu, nawet wygodne, lotnicze fotele. Wita nas dwóch pilotów, bardzo miłych, którzy od razu zapowiadają – panowie, toaleta owszem, jest, ale bardziej na cienko. I bez żadnych drzwi, tylko kotara, więc weźcie na przetrzymanie. Ekipa Irakijczyków już wie – nie ma przebacz, żadnych fanaberii, lecimy do ich kraju systemem, który w ich kraju panuje. Nie ma żadnych komunikatów, nikt nie mówi o pasach, wyjściach ewakuacyjnych, po prostu – startujemy.

I tutaj niespodzianka. Irakiczycy zaczynają swoją kolację. W całym samolocie rozchodzi się cudowny zapach kurczaków. Podchodzą z poczęstunkiem także do nas. Z wdzięcznością chwytamy za porcje i wiemy, że jakoś ten lot przeżyjemy.

Ja latam samolotami bardzo dużo. Zdarzyło mi się lecieć business class, wielkim jumbo jetem, gdzie na pięterku podawano wszystkim szampana. Zdarzało mi się też latać na drugą półkulę, dokładnie na przeciwną stronę globu, gdzie już nie wiedziałem co zrobić z nogami, z ciśnieniem wokół łba i całym lotniczym napięciem. Samolot CASA za to pruł równiutko, z szumem swoich śmigieł. My siedzieliśmy na końcu całego przedziału, a po chwili wyciągnęliśmy śpiwory i kawałek dalej, w metalowym luku bagażowym, wygodnie rozłożyliśmy się do snu. Usnęliśmy natychmiast i prawdę mówiąc, nigdy do tej pory nie zdarzyło mi się, aby samolotową podróż przeżyć na kompletnego leżaka. Fakt, że od podłogi ciągnęło, ale dwie przewrotki, lekka fałda śpiwora pod bok i dalej fantastyczny sen. Kiedy się obudziliśmy, pod nami ciągnął się w nieskończoność szaro-bury łańcuch gór i wzgórz, gdzieś widać było wijące się drogi, ale generalnie odnosiło się wrażenie braku jakiejkolwiek cywilizacji. Kiedy zbliżaliśmy się do Iraku, powiedziano nam, aby usiąść w fotelach i zapiąć pasy, bo lądowanie będzie specyficzne. Polegało ono mianowicie na nieprawdopodobnym korkociągu w dół. Decydują o tym kwestie bezpieczeństwa. Samolot pochyło pikuje, na chwilę wyrównuje lot i znowu pikuje, a wszystko po to, żeby ewentualnemu wariatowi utrudnić jakąkolwiek operację z celowaniem. Dla nas była to niezła zakrętka, bo wszystko działo się dosyć gwałtownie i z kierunkiem non stop do dołu. Wylądowaliśmy…

Tak jak weszliśmy, wychodzimy trapem. Trap ma szerokość wozu bojowego. Żadnych lotniczo-podróżnych fanaberii, tyko goła płyta lotniska i niemiłosierny upał. Z załogą przybijamy piątkę – wracamy z nimi następnego dnia. Ekipa będzie nocowała tutaj, w bazie wojsk USA, my pomykamy do Diwaniyah, do naszej bazy wojskowej, skąd mamy zabrać 6-letnią dziewczynkę Ayatt do Polski. Ma ona poważny uraz biodra i postanowiono, aby specjalistyczną operację przeszła w naszym kraju. Mówiąc krótko – przylecieliśmy po pacjenta.

Z lotniska odbiera nas śmigłowiec i kiedy żołnierze zarządzili, by kamizelki kuloodporne położyć pod tyłek, natychmiast przypomniały mi się filmy z wojny w Wietnamie. Jak ktoś strzeli, kula po prostu może trafić Cię w dupę. A wtedy nie ma przebacz.

Helikoptery startują. Ogromny huk w środku. Z mojej lewej strony jeden z członków załogi cały czas trzyma ręce na wielkim karabinie maszynowym. Wszyscy mają kaski na głowie. Kiedy wchodzę do części dla pilotów, porozumiewamy się tylko przez interkom. Pod nami jałowa ziemia, wyraźnie poprzecinana jasnymi kreskami ścieżek, granic posesji, granic pól, a po chwili znowu ogromne połacie, wydawałoby się, ziemi niczyjej. Czasem widać nieliczne domy, czy bardzo nieliczne drzewa. A później nagle wyrastają zabudowania. Część z nich to bardzo regularne, ustawiane obok siebie bryły jak klocki domina. Wokół nich wije się mur, cieniutki, ale bardzo wyraźny. To baza wojskowa Diwaniyah. Tu lądujemy.

Przywitał nas gen. dyw. Waldemar Skrzypczak, a później spotkaliśmy się z żołnierzami. Pod ich eskortą jedziemy do miasta, odwiedzamy coś na kształt domu dziecka, gdzie panuje ogromny tłok. Tłum ludzi na hasło „kogoś zabierają ze sobą aby leczyć” przybywa ze swoimi boleściami. Wszyscy wyobrażają sobie, że zabierzemy każdego, komu uda się nas przekonać, że trzeba mu pomóc. Jakiś czas słucham, pomaga mi sprawny tłumacz. Po chwili jednak widzimy, że jest to zupełnie bez sensu, więc nic tutaj po nas. O dziwo, pojawiła się także miejscowa prasa, telewizja. Tłumaczę więc, że przyjechaliśmy po jedną dziewczynkę. Wszystko to razem nie jest zachwycające, nie czuję się w tym dobrze. Przy okazji jednak cały czas obserwuję i wchłaniam miejscowy klimat. Potem spotykamy się z ojcem Ayatt i umawiamy się na wczesną, poranną podróż do Polski. Czeka nas teraz kilka godzin bardzo wspaniałych, serdecznych i fantastycznych spotkań i rozmów z żołnierzami. Siedzimy z nimi do późnych godzin wieczornych. Mój kontener ma klimatyzację, więc ostatnie, wieczorne spotkanie „u mnie”. Naprawdę, atmosfera jakbyśmy się znali od wielu lat. Żołnierze fantastycznie reagują na nasze opowieści. Wspominają Żary – ogromna większość całej ekipy to jednostka z Żagania. Cudowny wieczór…

Rano lot do bazy amerykańskiej, tam kilka godzin oczekiwania na pozwolenie odlotu. Na naszych oczach w wielkim namiocie  witany jest nowy kontyngent amerykańskich żołnierzy. Bardzo młodzi ludzie, chłopaki i dziewczyny, po wylądowaniu mają odprawę i są rozdzielani do różnych zadań. Są surowi, wszystkie mundury super nówka, ale zmęczeni upałem. W namiocie chodzą dwa ogromne telebimy na których non stop emitowane są filmy typu Rambo. Żołnierze siedzą, leżą, grają w karty. Raczej nic w tych obrazkach nie ma wspólnego z pełnymi przygód opowieściami filmowymi. Wyglądają wręcz niezdarnie, ale wszystko jest pod kontrolą i bardzo po wojskowemu.

Wreszcie czas na nasz lot. Podwożą nas samochodem, na naszych oczach jeszcze podjeżdża wielka cysterna i tankuje paliwo. Przychodzą piloci, wyglądają na troszkę zmęczonych, bo baza w której spędzili noc to po prostu jedna wielka pustynia z kontenerami, budynkami i barakami. Co tu robić? Ale cieszymy się, że ich widzimy. Mieli w sobie spokój i taki pogodny wyraz twarzy. Pakujemy sie do samolotu, który teraz jest prawie pusty, bo w środku tylko my, kilku żołnierzy i mała Ayatt z opiekunami. Samolot był tuż przed startem, piloci mówiąco nas – uwaga na szczytowanie. Mamy także specyficzny start. Tym razem samolot pędzi ostro do góry, na chwilę wyrównuje i znowu ostro do góry. Takie jakby schodkowe podrygi, mające także na celu spowodowanie, aby nic złego się nie wydarzyło z powodu wariatów, którzy może gdzieś tam na dole inaczej postrzegają nasz lot, niż tylko jako spokojną podróż do domu.

Tym razem lecimy w ciągu dnia, więc siedzimy przy oknach, patrzymy na tę pozorną jałowość pod nami, ale przecież mijamy kraje, w których mieszkają ludzie żyjący swoimi problemami, tworzący swój świat, dla nich pełny atrakcji i koloru. Kończyliśmy lot w nocy, przywitał nas upalny warszawski wieczór. Podjechała karetka, która zabrała Ayatt do Otwocka, gdzie pod kierunkiem prof. Jarosława Czubaka przyjęto całym sercem trójkę Irakiczyków. Wkrótce przeprowadzono wspaniale operację, która się powiodła i Ayatt szczęśliwie, po dwóch miesiącach rehabilitacji, wróciła do swojej ojczyzny.

A my opuszczaliśmy Okęcie. Nasza ekipa czekała na nas z pysznym, zimnym browarem. Byliśmy pełni opowieści o przygodzie, która trwała 48 godzin, a także pełni podziwu dla ludzi, których spotkaliśmy po drodze. Czyli polskich żołnierzy na misji w Iraku.

To był bardzo bezpieczny i spokojny lot.

Jurek
Strona Główna | English | Kontakt | Fundacja | Nasza działalność | Finał WOŚP | Przystanek Woodstock | Pokojowy Patrol | Uniwersytet | Uczymy Ratować | Medycyna | Forum WOŚP | Strony Jurka Owsiaka | Złoty Melon | OTV | Sklepik WOŚP | Radio Woodstock