Mini blog Jurka Owsiaka

listopad (ilość wpisów: 2)
26-11-2008  11:25

A dla mnie, jak ktoś choćby tylko przez jeden dzień okaże przyjaźń, sympatię i serdeczność komuś innemu, to już jest powód do radości. Kiedy podczas Finału kupa narodu wspomaga Orkiestrę, to we mnie serce się raduje i widzę sens we wszystkich naszych działaniach. Jeśli ludzie w swych wypowiedziach wskazują, że ich dobroczynność jest skierowana w stronę Orkiestry i że czekają na ten jeden dzień w roku, aby nas wspomóc, to jeszcze bardziej utwierdza nas to w poczuciu ważności kierowanych przez nas do społeczeństwa finałowych haseł. Wierzę, że przez minionych 17 lat wielu ludzi uwrażliwiliśmy i skierowaliśmy ich myślenie na problemy innych. Czy to będziemy my, czy to będzie każda inna sytuacja i każda inna akcja - samo uświadamianie sobie potrzeby pomagania innym już czyni nas ludźmi wrażliwszymi, znającymi problem, wiedzącymi o co w tym wszystkim biega. Choćby ten jeden, jedyny raz, jeśli ktoś albo bardzo świadomie, albo też mniej świadomie, albo nawet z przypadku, wspomaga Orkiestrę lub jakiekolwiek inne społeczne działanie, jest wart przytulenia do serca, podziękowania, nie zasługuje zaś na bicie piany na temat jego braku dobroczynności na co dzień.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że po raz kolejny przeczytałem w prasie sformułowanie, które streścić mogę tymi słowami: nauczmy się pomagać na co dzień, a nie od święta. Nie czyńmy dobra okazjonalnie, niech naszego sumienia nie uspokaja jednorazowy datek do puszki w czasie Finału Orkiestry, czy serduszko naklejone na ubranie. Takie jednorazowe akty dobroci są niewiele warte.

Taki mniej więcej ton pierwszy raz usłyszałem kilkanaście lat temu w dywagacjach dziennikarzy gazet kościelnych (nie katolickich, ale kościelnych!), którzy w ten sposób próbowali zdewaluować społeczne działanie, które nie przekłada się na codzienne „wsparcie” kościelnej tacy. Ze zgrozą nie raz później uświadamiałem sobie, że od czasu do czasu niektórzy dyskutujący o filantropii podejmują podobny tok myślenia. Za to z ogromnym zdziwieniem usłyszałem, a właściwie przeczytałem, że podobne słowa padły z ust Kuby Wygnańskiego. Człowieka, który wiele lat temu zrobił bardzo dużo dla uporządkowania ruchu wolontariackiego i działań organizacji pozarządowych w Polsce.

Wyobrażacie sobie codzienne zaangażowanie w niesienie pomocy w takiej formie, jaką oferuje nasza Fundacja? Oczywiście, są ludzie którzy się opodatkowują, są wolontariusze mocno uczestniczący w naszych akcjach, ale generalnie odwołujemy się do tego jednego dnia! Nie można, drogi Kubo, na tej podstawie oceniać naszych działań, dyskredytując ich dobroczynność. Byłoby idiotyzmem, gdybyśmy opinię na temat szczerości naszych działań mieli budować w oparciu o wielokrotność udzielanej pomocy. Nawet ten jeden, jedyny raz w roku, w ciągu dziesięciu lat, czy nawet w ciągu całego życia, zasługuje na szacunek. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest wspaniałym dowodem na to, że ludzie często zaczynają od jednorazowego wsparcia jakiejś akcji społecznej, a później ten ich odruch serca przekształca się w codzienne zaangażowanie. Często zbierają jako dzieciaki, później, dorastając lub jako już dorośli ludzie, zajęci są swoimi sprawami, ale potem znowu ich dzieci zaczynają zbierać pieniądze dla Orkiestry.

Kuba, podważyłeś sens nie tylko naszych działań, ale też wielu tysięcy organizacji pozarządowych działających w Polsce. Z racji Twoich doświadczeń wolałbym, żebyś przyjrzał się, ile z tych organizacji nadal istnieje, funkcjonuje, nie zaprzestało swoich działań, a ile istnieje tylko w rejestrach i statystykach. Z racji Twoich umiejętności, zrób Kuba wszystko, aby organizacje pozarządowe rozliczały bardzo dokładnie zebranie pieniądze! Spraw, aby 1% podatku nie rozbił się na tysiące zbiórek „nie do sprawdzenia”, aby dotyczył najbardziej prześwietlonych i skontrolowanych na wskroś organizacji. Aby Polacy chcieli pomagać jako wolontariusze, wiedząc doskonale, jaką rolę odgrywają zebrane przez nich pieniądze.

Nigdy nie pozwoliłbym sobie na to, by kogokolwiek „minusowo” ocenić tylko i wyłącznie dlatego, że wymiar jego dobroci jest, czy był jednorazowy. Dziękuję Dobrym Aniołom za to, że Polakom, na tle totalnego upadku norm życia politycznego, na tle nonszalancji elit, chce się jeszcze wspierać tych, którzy próbują jak najwięcej tych dziur połatać i sprawić, aby po prostu żyło nam się lepiej.

Jurek Owsiak

24-11-2008  19:43

„Z teatru wojny nadaje…” – tymi słowami jeden z dziennikarzy dużej stacji telewizyjnej rozpoczynał wszystkie przekazywane przez siebie newsy, kiedy kilka lat temu towarzyszył nam w drodze z Warszawy do Albanii wraz z dużym konwojem z pomocą humanitarną dla uchodźców wojennych, w którym współuczestniczyliśmy jako Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy.

Dziennikarz był lekko z pogranicza fantazji. Żartowaliśmy, że ciuchy na wyprawę kupił w sklepie z artykułami dla wędkarzy, bo tak - niby wojskowa czapka z fatalnym daszkiem typu lotniskowiec, a potem krótkie spodnie i podkolanówki do złych trampek. Jednak wygląd wyglądem, nie o to tu chodzi. Facet tak bardzo napalił się na wszelakie działania wojenne, że gdzie tylko wyszedł z kamerą, tam rozpoczynał korespondencję słowami „z teatru wojny nadaje…”. Nasz konwój był potężny, dużo tirów i pomniejszych samochodów. Wieźliśmy rzeczy potrzebne, ale też i totalne bzdury. Cóż, tak nieraz formowane są konwoje po akcjach społecznych, w których ludzie zbierają się at hoc by pomóc i często z dobrego serca przynoszą jako dary mało potrzebne rzeczy.

Kiedy mijaliśmy Wiedeń, zatrzymała nas kraksa drogowa. Stoimy wiec w korku, a obok nas śmigają wozy policyjne na „kogutach”. Nasz telewizyjny bohater pierwszy raz wtłoczył wtedy całą sytuację w "teatr wojny", do którego przecież dopiero zmierzaliśmy i byliśmy od niego oddaleni o całe tysiące kilometrów. Potem już co chwilę „teatr wojny” i „teatr wojny”, czym wszyscy - nasza ekipa telewizyjna, kierowcy i pozostali dziennikarze, po prostu rzygali. Traktowaliśmy to jako pretekst do żartu i powód do śmiesznych gaduł. Kiedy w porcie włoskim zobaczyliśmy wielki wojskowy okręt, który miał nas przetransportować do albańskiego portu Dures, nasz wędkarz-fillmowiec-bohater zawył ze szczęścia, bo oto przed nim stanął „teatr wojny” przycumowany i w wojennych barwach. Tu jednak okazało się, że natychmiast jego kamera została namierzona przez obsługę i ledwo ją utrzymał przy sobie z absolutnym zakazem jakiegokolwiek użycia. Za to my „spod pazuchy” nakręciliśmy całe wejście na wielki, włoski okręt, którym transportowane były – jak Boga kocham – toi toie, samochody policyjne i operetkowe, włoskie wojsko.

Potem port Dures i istotnie, teatr wojny, który obok nas jeździł i latał, ale tak naprawdę nic, ale to nic istotnego wojennego się tam nie wydarzyło. Dla nas było to normalne, że byliśmy w miejscu, którym działało kilka armii łącznie z amerykańską i efekty tego było widać wokół.

Za to nasz wędkarz zbudował tam całą wielką wojenną opowieść. My już to olaliśmy, zajęci własnymi sprawami, czyli doprowadzeniem do tego, by transport naszej pomocy dostał sie w bezpieczne i logiczne ręce. Zdaję sobie jednak sprawę, że ów dziennikarz w podkolanówkach stworzył fikcję i masę totalnych bzdur jako przekazaną przez siebie rzeczywistość. Kiedy dziś słyszymy o różnych, gorących wydarzeniach, łapię się na tym, że zastanawiam się nad dwoma pytaniami – ile w tym nakręcenia medialnego, a ile w tym rzeczywistej prawdy i tragizmu sytuacji.

Z podobną historią mieliśmy do czynienia, kiedy nasz Prezydent pojechał do Gruzji. Na moich oczach TVN 24 przez kilkanaście godzin wmawiał mi „teatr wojny” na tle sytuacji, w której trwoga jest porównywalna do hucpy pod sklepem monopolowym wieczorową porą, w ciemnej dzielnicy. Mimo, że duży napis informował mnie o strzelaninie, niczego nie widziałem. Mimo, że wmawiano mi, że kamery to wszystko rejestrują lub zarejestrowały, oprócz deski rozdzielczej samochodu i grupki ludzi, którzy wieczorem mogli stać przy „drodze na Ostrołękę”, nic innego nie widziałem. Wmawiano mi wszystko, czego nie było! Budowano rozbudowaną wojenną teorię na czymś, co nie wiadomo, czy się w ogóle wydarzyło. Zbudowano mi grozę wojny tylko na podstawie faktu, że wszystko zdarzyło się w miejscu geograficznie odpowiadającym lokalizacji, w której rzeczywiście wcześniej wojna była. To było jak serial z kapitanem Klossem, gdzie przy braku scen batalistycznych, gonitw i strzelaniny, widz sobie więcej wyobrażał niż naprawdę widział. Mieliśmy tu do czynienia – abstrahując od idiotyzmu zdarzenia polegającego na wędrówce dwóch głów państw w rejon, który może być niebezpieczny, bez zachowania najbardziej elementarnych zasad bezpieczeństwa – z hucpą dziennikarską, okraszoną powagą spikerki prowadzącej i zilustrowaną wszystkimi dyskusjami z zaproszonymi gośćmi. Można postawić co najwyżej piątkę z plusem w kontekście słuchowiska „Wojna Światów” Orsona Wellesa, czyli pokazać, jak można ugotować ludzi, zajmując się absolutnie bzdurnym zdarzeniem.

Myślałem, że wiele lat temu styl pracy kolegi wędkarza-dziennikarza – notabene po dzień dzisiejszy relacjonującego najróżniejsze wypadki i zdarzenia w jednej ze stacji telewizyjnych – był czymś, co mogło się wydarzyć tylko wtedy, kilkanaście lat temu. Dzisiaj sprawniej i w sposób totalny, z zaangażowaniem dużych sił i środków scenograficzno-osobowych, ten styl przejęła telewizja TVN 24. Wszystko byłoby OK, gdyby nazwano to słuchowiskiem, czy w tym przypadku teatrem telewizji. Okazało się jednak, że „teatr wojny” może stać się także dziś super tematem, nawet dla profesjonalistów.

Jurek Owsiak

Strona Główna | English | Kontakt | Fundacja | Nasza działalność | Finał WOŚP | Przystanek Woodstock | Pokojowy Patrol | Uniwersytet | Uczymy Ratować | Medycyna | Forum WOŚP | Strony Jurka Owsiaka | Złoty Melon | OTV | Sklepik WOŚP | Radio Woodstock