Mini blog Jurka Owsiakamarzec (ilość wpisów: 3)
24-03-2008 22:20
Wielu nam radio ciągle zapewnia dotykalny kontakt z muzyką, ludźmi i ważnymi artystycznymi wydarzeniami. I mimo, że często dzisiaj narzekamy na muzyczną papę, na bezcielesnych prowadzących, to jednak radio jest obok nas - na szczęście - o wiele częściej niż ekran telewizora. Dla wielu moich znajomych radio to także magiczna atmosfera, niezapomniane głosy, osobiste dygresje, na które teraz tak rzadko pozwalają sobie współcześnie prowadzący. Takie radio pamiętamy sprzed wielu, wielu lat i miało ono zdecydowany wpływ na wykreowanie naszych gustów, naszego poczucia piękna i wartości muzyki, z którą mieliśmy kontakt słuchając różnych audycji. Dzięki temu są nazwiska, które zawsze pojawiają się w naszych myślach, kiedy przypominamy sobie dawne muzyczne fascynacje, najczęściej dotykane bez faktycznego posiadania płyt, wówczas niedostępnych. Radio czyniło z nas ludzi, którzy znają „te” dźwięki. Tak ja, zanim dotknąłem okładki i płyty Hendrixa, Santany, Janis Joplin czy Led Zeppelin, wcześniej mogłem usłyszeć tę muzykę z głośnika radiowego. Ponadto radio to także specyficzny przekaz, który swą przytulnością oraz urokiem miejsca, gdzie go słuchamy, jest wręcz niezastąpiony w budowaniu najpiękniejszych wspomnień.
Janusz Kosa Kosiński był dla mnie gościem z Trójki. Najbardziej pamiętam go z czasów, kiedy widywałem go na korytarzu trójkowego radia na Myśliwieckiej. Z jeżykiem, lekko zmierzwionym z przodu, najczęściej w podkoszulce, z lekkim brzuszkiem i zawsze z pogodną twarzą. Ale to naprawdę zawsze! Facet miał twarz uśmiechniętą od ucha do ucha, znajdując przy każdym takim spotkaniu czas, aby się zatrzymać i zamienić chociaż kilka słów. Kiedy współpracowałem blisko z radiową Trójką wydawało mi się nawet, że te nasze szybkie kontakty przepojone są specyficzną serdecznością. Poczułem to, kiedy wydałem swoją pierwszą płytę zatytułowaną „Letnia zadyma w środku zimy”. Płyta na winylu, wydana przez firmę, która nie była potentatem w muzyce rockowej, ale która postanowiła zapis koncertu, który odbył się w warszawskiej Stodole w 1989 roku, wydać na dwupłytowym albumie. Dzisiaj na tę płytę oceniam jako wartościową prawie wyłącznie pod względem historycznym i dokumentalnym. Jakaż jednak była moja radość z pewnego niesamowitego przeżycia, które dotknęło mnie raz, kiedy byłem na Stadionie 10-Lecia. Daję słowo honoru, byłem na nim może trzy razy w życiu. I kiedyś, w sobotę zupełnego początku lat 90-tych, poszedłem tam kupić sobie czerwone trampki. Trampek nie kupiłem, ale kręcąc się między stoiskami dotarłem do takiego, na którym tzw. właściciel stoiska miał włączone radio. Radio nastawione było na Trójkę i właśnie Janusz Kosińki zapowiedział, że w dzisiejszej audycji wysłuchamy bardzo ciekawej płyty, która idealnie nadaje się na prywatkową zabawę (a to były moje słowa z tzw. słowa wstępnego na płycie). Następnie powiedział kilka ciepłych słów o imprezce i z radia popłynęły dźwięki znane przeze mnie na pamięć. I wyobraźcie sobie moje zadowolenie, wręcz rozpierającą dumę, kiedy z radia, na koronie Stadionu Dziesięciolecia, pomykała muzyka z imprezy, którą z przyjaciółmi razem stworzyliśmy. Podziękowałem później Januszowi, z czego bardzo się ucieszył, a był to moment, po którym przyszły czasy dla Janusza nieciekawe. Miał audycję telewizyjną, miał audycję w radiu i nagle te audycje zostały wyrzucone na obrzeża ogólnopolskiej odbieralności. Jeździł chyba do Szczecina na jakieś emitowane w lokalnej telewizji programy, bo był to jego zawód, więc przy złych czasach najnormalniej w świecie wykorzystywał każdą okazję, aby móc pracować. Pamiętam to bardzo dobrze, kiedy spotykałem go w telewizji – mnie wtedy dobrze śmigał program „Róbta co chceta”, a u Janusza najlepiej się nie działo. I to jest jedyny fakt, o którym raczej dziś nikt wspominać nie będzie, bo z pamięci wszyscy będą wyciągali same najlepsze momenty z życia Kosy. Spotykałem go jeszcze czasem na jego wielkiej, ogromnej hondzie, której nazwy nie pamiętam, ale wszyscy fani tych motorów wiedzą o co chodzi – to taka jeżdżąca, elegancka, motocyklowa wersalka. Pasował do niej doskonale, bo w rasowym kasku wyglądał jak amerykański gliniarz. Kiedy sprzedawał motor, to tak długo z nim chodził, aż sprzedał go mojemu kumplowi, Rafałowi, też pracującemu w radiu, co do którego wiedział, że o motor będzie dbał a motor będzie go cieszył. Było to dla niego ważniejsze, niż „zżenić” go i kupić sobie nowy. Później spotykałem go znowu, i znowu uśmiechniętego, w zupełnie przypadkowych sytuacjach, kiedy już prowadził audycje w Antyradiu. Miałem uczucie, że zaistniał w tej rozgłośni najpierw skromnie, aby po pewnym czasie stać jej jej absolutnym filarem. Konsekwentnie prezentował swoją muzę, a do momentami zwariowanych dźwięków wybieranych przez słuchaczy, dawał swoje bardzo charakterystyczne i mimo uszczypliwości fajne komentarze. Pokazał, że spece muzyczni wychowani na rock’n’rollu sprzed 40 lat nadal mogą wieźć prym i nakręcać młodych ludzi do pochylania się nad historią muzyki rockowej. To i dla mnie było i będzie zawsze ogromnym wsparciem, kiedy prezentuję muzykę w moich programach radiowych, czy to w Radiu WaWa, czy internetowym Radio Woodstock - dodaje to wiary, że muzyka którą co prezentuję, może się dziś podobać słuchaczom. Śmierć nagła jak wypadek i w pierwszej chwili, kiedy usłyszałem, że nie żyje, to właśnie o wypadku pomyślałem. Kompletnie nie dawał odczuć, że może mieć ze zdrowiem jakiekolwiek kłopoty. I dzięki temu w pamięci mojej nadal tak samo dźwięcznie będzie brzmiał jego głos, kiedy z charakterystycznym tonem zapowiada kolejne numery, albo przypomina fakty z rockowego kalendarza. To tak na pocieszenie, ale żal przeokropny, bo tyle życia w nim było… Jurek Owsiak
17-03-2008 12:21
Nie jestem jedynym w tym narodzie, którym wstrząsnęła wiadomość, że szefowa telewizyjnej „Jedynki”, w związku z tym, że zakończyła swoją pracę w Telewizji, dostanie odprawę w wysokości prawie pół miliona złotych polskich. Abstrahując od tego, że kobieta ta powszechnie wzbudzała dezaprobatę wszystkich, którzy mają choć ciutkę pojęcia o telewizji, to z powodu jej niefachowości i uzyskania nominacji dyrektorskiej tylko i wyłącznie w efekcie koneksji politycznych - które nomen omen funkcjonowały tak powszechnie tylko za czasów głębokiej komuny - to przyznanie takiej odprawy nawet wybitnemu specjaliście po kilkunastu miesiącach sprawowania swojej funkcji jest absolutnie, nieetyczne i nieuczciwe. Tym bardziej, że to wszystko dzieje się w instytucji publicznej jaką jest Telewizja Polska. Każdego dnia różne polityczne gęby, bez względu na partyjną przynależność, pełne są frazesów związanych z biedą czy wyrównaniem szans różnych grup zawodowych, a każdy tę mowę o pieniądzu chętnie wykorzystuje aby przywalić przeciwnikowi (robią to wszyscy reprezentanci wszystkich polskich ugrupowań politycznych). Tymczasem zgoda na taką wypłatę to dziki rozbój i nikt nie przekona mnie, że pieniądze się należą, bo taką podpisano umowę. I nie uważam, że odpowiedzialność powinien wziąć na siebie twórca umowy, gdyż ten twórca już dawno jest poza telewizją, pieniędzy takich nigdy posiadać nie będzie i psu na budę takie dociekania. W tym przypadku moralnym jest powiedzenie STOP, położenie na tej kasie urzędowej łapy, zablokowanie wypłaty, zamknięcie tej nikczemnej furtki wypływu naszej społecznej kasy i renegocjowanie wszystkich zasad wspomnianej umowy. Wielcy tego świata w stosunkach państwo-państwo często tak robią – a to przykręcą kurek, a to pociągną rurociąg gdzieś boczkiem, żeby tylko osiągnąć swoje cele. Niech więc na mniejszą skalę coś, co jest nasze, a więc także i nasze pieniądze, będzie chronione i w razie sytuacji podbramkowej musi być wykonany gwałtowny ruch i ustalony odpowiedni przepis, choćby nawet spinający prawników. Jeżeli pani Raczyńska tę kasę dostanie, to ja Wam mówię, że jeszcze gorsze rzeczy przejdą przez ucho igielne naszych wymarzonych norm i zasad. Tak na koniec – wg moich obliczeń (podkreślam – moich!), Finał w Telewizji Polskiej, czyli coś na co składają się transmisje, wozy, operatorzy, kierownicy produkcji, scenografowie, maszyniści, oświetleniowcy etc., kosztował około 1,5 mln złotych. Czyli niecałe 4 wartości odprawy, jaka ma być wypłacona kobiecie, która kompletnie, ale to kompletnie, nie zrobiła nic pożytecznego w Telewizji Polskiej. Jurek
17-03-2008 11:59
Czy skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Za moich czasów było to najbardziej znane powiedzenie apelujące o jak najszersze edukowanie samego siebie. Zwracano tym samym uwagę na to, czego mamy się uczyć i jakie ta nauka przyniesie w przyszłości efekty. Bólem była ówczesna, objęta socjalistycznym myśleniem czyli szaro-burą siermiężnością, rzeczywistość, bez jakiegokolwiek widoku na przyszłość. Wydawało się więc, że wszystko, ale na pewno nie nauka tego, co proponowała nam ówczesna szkoła, wyniesie nas na jakiekolwiek dobre obroty w życiu. Ja z trudem pobierałem naukę szkolną, za to chłonąłem pełną piersią i głową to, co się działo wokół mnie, zwłaszcza w sytuacjach undergroundowych, mało popularnych, skupiających niewielkie grono żarliwych i kolorowych ludzi. W mojej dzisiejszej opinii była to nauka niezwykła, a ponadto przyniosła bardzo konkretne, pozytywne i rozwijające mnie efekty. Dużo łatwiej było też ocenić to, co kompletnie do dupy, idiotyczne i z gruntu nasiąknięte ideologią, od tego, co nas interesowało i pochłaniało. Niech przykładem będzie historia amerykańskiego Woodstock, która przesiąkała do nas z różnych źródeł, pozostawiając jednak tajemnicę i rozkręcając na maksa chęć poznania wszystkich szczegółów. Dzisiaj jest z jednej strony łatwiej, z drugiej - dużo gorzej. Mamy przeogromny dostęp do wszelkiej wiedzy, która jest na wyciągnięcie ręki, ale jednocześnie obserwuję czasem kompletny brak pomysłu na korzystanie z tej dostępności. Nie widzę na przykład koncepcji dotyczącej odgórnego, ministerialnego wpływu na pobieranie wiedzy przez młodych ludzi. A moim zdaniem w tym tkwi sedno rozwiązywania wielu problemów, które nas otaczają. Niedawno znany dziennikarz z dużej gazety przeprowadził ze mną wywiad. Polecieliśmy różnymi dykteryjkami, opowieściami i historią tego, co od wielu lat robię. Lubię o tym gadać, więc rozmowa była swobodna, przy kawiarnianym stole. Ale w pewnym momencie, już na poważnie, mówiłem mu o swoich różnych przemyśleniach, miedzy innymi o tym, że wg mnie polską przeogromną bolączką jest dzisiaj nieumiejętność przekazywania ludziom wiedzy, nauczania ich z głową. Ludzkość jest niewykształcona, choć pozornie posiada różne umiejętności. W szkołach jest totalna karuzela i zmienność poglądów (dwa lata Giertycha to największy cios w plecy polskiego szkolnictwa). Bardzo przeciętni nauczyciele, czy często wręcz słabi, pracują na poziomie liceów i gimnazjów. Chaotycznie ustalane są programy, a na końcu z dziećmi rozpoczynają pracę nauczyciele, którzy w wypowiadając się słabo radzą sobie z językiem polskim. Z tego wszystkiego wynika nieumiejętność zaprezentowania samego siebie przez młodego Polaka, strach przed zadawaniem pytań, szukaniem wyjaśnień, Stąd niemotliwa publiczność wszelkich talk show, brak indywidualnej dociekliwości, brak oczytania czy obycia. To wszystko w sumie daje poczucie braku rzetelnej wiedzy, która mogłaby być wykorzystywana umiejętnie w życiu codziennym. Żyjemy nawykami, i wyuczonymi schematami każdego dnia. Mówię to na podstawie swoich subiektywnych obserwacji - bardzo często spotykam się z ludźmi i momentami mam ochotę, żeby przewietrzyć tę ogromną, edukacyjną zapaść. Od wielu lat nie słyszałem o żadnych pomysłach na przyszłość, o dążeniu tych, którzy decydują, do takiego stanu rzeczy, by zapoczątkowany program był od razu pomyślany jako konsekwencja wielu działań, doprowadzających do jakiejś konkretnej sytuacji. Na przykład, że jeśli uczymy języków obcych, to w telewizji publicznej zamiast lektora są litery, to pojawiają się dwujęzyczne informacje na wielu instrukcjach, tekstach spotykanych na co dzień itd. Wiedza pozawala rozwiązywać z pozoru trudne problemy. Wiele lat temu ludzie z Pokojowej Wioski Krishny przyszli do mnie, skarżąc się, że mają kłopot z Woodstockowiczami palącymi papierosy w ich namiotach. Pytali, czy możemy dać im naszą ekipę do pilnowania, wypraszania etc. Spytałem, czy spróbowali na przykład napisać prostą informację z prośbą i wyjaśnieniem sprawy. Oczywiście takiej informacji nie było, więc Krishnowcy zawiesili odpowiednie kartki. W minutę osiem problem się rozwiązał, ludzie uszanowali to, o co się ich prosi. Wszystko to, co robi Fundacja, w tym Przystanek Woodstock i Finał, funkcjonuje w oparciu o maksymalną, obopólną wiedzę. Wyraźnie mówimy, czego oczekujemy, informujemy o naszych zamierzeniach, prosimy o konkretne zachowania i oczekujemy spełnienia naszych próśb. I tak się dzieje. Obopólne zaufanie, wynikające przede wszystkim z wiedzy o oczekiwaniach, zamierzeniach czy obawach, pomaga wszystko super zorganizować. Nie wiem nic na temat planów kompleksowego rozwiązania problemu budowy autostrad, budowy stadionów, dochodów Państwa czy podatków. Nie wiemy, co z podejmowanych dzisiaj działań ma wyniknąć. Nie widać sensownych planów rozwiązania kryzysu w służbie zdrowia czy na końcu realnych planów związanych z poprawą jakości szkolnictwa. Nasza wiedza jest doskonała na temat Jozina z Bazin i lądowania samolotu niemieckich linii lotniczych w czasie wichury, bo to ludzie masowo sami sobie przekazują. Natomiast to, o czym powinniśmy wiedzieć, nam ucieka. . I o tym mówiłem redaktorowi. On natomiast opisał każdą dykteryjkę, tylko nie to, że zainwestowanie w oświatę, tę bardzo szeroko pojętą, może przynieść nam ogromne zyski. Bo tak na końcu, to człowiek wykształcony przestanie mi wreszcie pierdzieć nad uchem chociażby o teorii spiskowej dziejów, która w wersji polskiej jest do wyrzygania. Jurek
|