Mini blog Jurka Owsiaka

maj (ilość wpisów: 7)
27-05-2008  20:49
Można byłoby powiedzieć – siła złego na jednego. Cenię program "Teraz my" za jedno – udaje się zaprosić do studia ludzi, którzy reprezentują kompletnie przeciwstawne bieguny w najróżniejszych problemach, sprawach, poglądach. Nie wiem, jak to się udaje, żeby takie towarzystwo zagonić do studia, ale widać – albo ludzie kochają „szkło”, czyli mają parcie telewizyjne, albo jest to wliczone w ich pracę (czyt. politycy), albo prośba dwóch sympatycznych dziennikarzy robi swoje.

Wczoraj w programie „Teraz My” m.in. wystąpiła dwójka bohaterów: z jednej strony Kazimiera Szczuka, a z drugiej małżonka byłego posła Stanisława Łyżwińskiego. Temat oczywisty, czyli winy lub nie winy byłego posła Samoobrony.

Generalnie, nie wnikając w cały styl przedsięwzięcia Łyżwińskiego pod tytułem molestowanie seksualne, nie wnikając w jego maniery i cały ponury kolor sprawy, to trochę jak na skazanie idzie do studia żona posła. Za przeciwnika ma Kazimierę Szczukę, która ostro przystępuje do podsumowania działań męża. I na tle mojego zdziwienia, że w ogóle p. Łyżwińska zgodziła się na taką rozmowę, wyskakuje mi obraz niezwykle wyszczekanej, bardzo sprytnej w formułowaniu oskarżeń, nawet nie emocjonalnej, ale zimnej w wygłaszaniu kolejnych wygwizdanych z jednego palca i powtarzanych często stwierdzeń, Kazi. Wsłuchuję się i mimo, iż wiem o tym, że Kazia jest kobietą wyzwoloną i że jednoznacznie staje w obronie kobiety, która jest bohaterką całego skandalu, to także słyszę osobę bez cienia pokory, przebaczenia czy jakiejkolwiek próby nawiązania kontaktu i zrozumienia drugiej kobiety, która broni przejebanej sprawy swojego męża. Dwójka redaktorów prowadzących podsuwa zarejestrowaną wcześniej wypowiedź Kazi Szczuki, która w dosyć stanowczych słowach ocenia całe zdarzenie. Kazia Szczuka w studiu podtrzymuje te słowa i na końcu, nie dając wiary żadnym tłumaczeniom, stoi już wg mnie maniakalnie przy swoim.

Program pokazał pyskówę, nie wnoszącą nic do całej sprawy. Znam i szanuję poglądy Kazi Szczuki, nawet bardzo je szanuję, ale w tym momencie wielki szacunek i pochylenie glowy należy się także dla żony p. Łyżwińskiego, która w sumie w sile złego na jednego dosyć rozpaczliwie powtarzała, że przecież tutaj nie ma jeszcze żadnych dowodów, tego jeszcze nikt nie potwierdził, ta sprawa może wyglądać zupełnie inaczej. Oczywiście mam świadomość, że cały naród, łącznie ze mną, podejrzewa byłego posła o całe to paskudne zajście. Ale wg mnie miarą mądrej dyskusji telewizyjnej byłoby uzyskanie także od pani Łyżwińskiej zdania, co ona sądzi w ogóle na temat tego rodzaju zdarzeń, co ona generalnie myśli o takich sytuacjach itd. Jest żoną byłego polityka, sama była posłanką. Wolałbym więc usłyszeć więcej o kulisach codziennego bycia w takiej formacji. Wolałbym usłyszeć o śniadaniach męża, o rozterkach żony, o tym, czy mamy do czynienia z panią, która poczuła grozę tego całego draństwa, a niżeli obserwować broniącą się kobietę. I tej obronie się nie dziwię, a nawet ją podziwiam, bo co by nie było podejmuje się takiego zadania w kompletnie zrujnowanej dla niej rzeczywistości.

Przeciwnicy Kazi Szczuki nie lubią jej za wypowiadane bardzo ostro sądy dotyczące mężczyzn. Wczoraj właśnie takie osądy rzucane były, jeśli można to mierzyć w skali do 10 punktów, na 9 z hakiem. Niepotrzebna i piekielna złość, którą wolałbym usłyszeć wówczas, gdyby udałoby się Kazi Szczuce uzyskać bezpośrednie widzenie z posłem Łyżwińskim, z kamerami w tle.

Jurek Owsiak
27-05-2008  15:39
W miniony piątek, 23 maja, śmigam do unijnego miasta Bruksela. Lecę tam na istotne jednodniowe spotkanie, a sprawa ważna, bo dotycząca naszych fundacyjnych działań w ramach nauki pierwszej pomocy dla dzieci i dorosłej młodzieży. Mamy w tej mierze światowe osiągi i padło kilka bardzo ważnych propozycji. Jest grupa krajów na świecie, które chcą realizować podobne programy, więc postanowili nas zapytać, jak to robić i jak my możemy im pomóc.

Pogoda, mimo, że koniec maja, pochmurna. Samolot wyrywa jednak do góry i ruszamy w drogę. Oczywiście, odprawa nie z tego terminala, o którym napisane na bilecie, ale to przecież drobiazg. W sumie non stop Polskie Linie Lotnicze mają podobne wpadki w organizacji swoich lotniczych poczynań.

Bruksela też pochmurna. Stamtąd jednak od razu pomykamy pociągiem prościutko do miejscowości Gent. I już jesteśmy w innej rzeczywiści! Czysty pociąg, konduktor w takim trochę szwajcarskim stroju dziurawi bilety, które wyglądają tak samo jak bilety lotnicze - duże, z paskiem magnetycznym, a wszystko, co na tym bilecie napisane, zgadza się z rzeczywistością. Odjeżdżamy więc z dobrego peronu dobrym pociągiem.

Rzeczywistość belgijska droga jak wódka na mecie. Wszystko jakby nasze, tylko w Euronach. Dochodzimy do miejsca zdarzenia, gdzie stoi wielka hala w której prezentują się firmy i przedsiębiorstwa związane z pierwszą pomocą. Załatwiamy wszystko bardzo pozytywnie, wcześniej umówione spotkania dochodzą do skutku z absolutną punktualnością, czas mamy dokładnie wymierzony, aby zdążyć na samolot powrotny. Gadki konkretne i już kreślą się wspólne, bardzo poważne projekty. Myślę, że będą to niezwykle korzystne dla Fundacji, a co za tym idzie także dla Polski, przedsięwzięcia. Będą też one pomocne dla wizerunku naszych, polskich umiejętności organizowania i realizowania różnych dużych projektów.

Podbudowani, w pięknym słońcu, wracamy na stację kolejową, aby udać się w stronę lotniska. Godziny popołudniowe, w kawiarniach mnóstwo starszych ludzi, którzy popijają różnokolorowe napoje, jedzą jakieś drobne placki, patrzą na chodniki i na ulice. A ulicą bardzo leniwie toczy się sznur samochodów i przede wszystkim rowerzystów, rowerzystów i jeszcze raz rowerzystów. Trudno się zorientować, czy mają owi Belgowie jakieś swoje belgijskie, ogólnonarodowe smutki, czy coś ich bardzo belgijskiego trapi, czy jakiś belgijski problem jest mocno nie do rozwiązania i czy w ogóle jakiś belgijski kaprys i belgijska mgła niemocy zarzuca im się na oczy. Wyglądają po prostu na dość zadowolonych z życia Belgów. Pociąg przyjeżdża punktualnie, my znowu z wielkimi jak sztandary biletami zasiadamy w wyznaczonym miejscu i pociąg rusza. Na stoliczku przed nami leży międzynarodowa już teraz gazeta o znajomej nazwie „Metro”.

Pierwsza strona to strona belgijska, a może nawet gentowska lub brukselska. Tak jak nasze Metro ma na przedzie zawsze stronę warszawską, poznańską, wrocławską czy krakowską. I jak w każdym Metrze, dalej jest strona krajowa, a potem strona międzynarodowa. Więc łypię okiem na stronę belgijską - krajową, ale wszystkie teksty po chyba flamandzku. Patrzę tylko na fotografie i myślę sobie, ze pewnie z boku wyglądam jak czytający Belg. No i trafiam dalej na stronę międzynarodową i pierwsze co widzę, to zdjęcie Lecha. Takiego naszego, aktualnego, z pucułami na twarzy i z zatroskaną miną. Garnitur, krawat, Matka Boska w klapie. Dosłownie to, czym Lechu jest na co dzień. Pod spodem i obok jest tekst. Czytam, czytam, próbuję coś wyłapać. I wyłapuję sens całej informacji, która znalazła się w tej gazecie nie podrzutkiem od szpiegów, nie od ludzi chcących zniesławić Polskę, nie od naszych wrogów, nie od armii nieprzyjemnych nam donosicieli, tylko prosto z kraju środkowej Europy, który nazywa się Polska. O treści całego wywodu świadczyło jedno słowo - „Bolek”, pisane po Polsku.

I tak sobie myślę, że tematem artykułu jest podejrzliwość, złośliwość, chęć udowodnienia rzeczy nieistotnych, zwariowanych, chęć klepnięcia na swoim, tak jakby to miało nam wszystkim dzisiaj zmienić cokolwiek w naszym życiu i w naszej polskiej sytuacji. Na końcu, być może, było zapisane po flamadzku streszczenie apelu do Komitetu Nagrody Nobla, aby nagrodę odebrać. Dalej być może coś po flamandzku coś o tym, że Bolek współpracował i że Bolkiem to na pewno jest Lech Wałęsa. Dalej być może po flamadzku, że w imię Boga, honoru, krwi naszej przelanej na barykadach, trzeba dosiąść, obezwładnić przeciwnika i wyprowadzić na ulice prawdę całą naszą nieskalaną. I być może jeszcze po flamadzku było tam kilka opisów innego szpiclowania, donoszenia i szperania w księgach, które zostały wykradzione, wytargane i w zbójecki sposób opublikowane. Być może także było coś jeszcze po flamadzku o naszych przykrych doświadczeniach, o teorii spiskowej dziejów i o złych ludziach, którzy ciągle czekają na dobrych Polaków. Tekstu na te wszystkie flamandzkie prawdopodobieństwa było nie tak dużo, ale tak czy inaczej - w szumiącym belgijskim pociągu ze wszystkich międzynarodowych newsów Belg otrzymał polską, śmierdzącą jajecznicę ot tak, jako jedyny news z kraju, gdzie ludzie i tak żyją, czasem nawet dużo bardziej zajmując się innymi problemami.

Zagryzam zęby, zamykam oczy, myślę o niebieskich migdałach. Znowu przypominam sobie fobie sprzed 30 lat. Kurwa, czy oni we mnie rozpoznali Polaka? Czy ktoś będzie na mnie patrzył dzikim okiem? Źle, niedobrze. Ale co tam, gadamy tu o swoich sprawach, nawet dosyć głośno gaworzymy. W sumie to nie ja jestem na tej focie.

W samolocie łapię polskie gazety i tam widzę dalszy ciąg historii naszego bohatera z belgijskiego „Metra”. Powstały otóż dwa listy. Jeden napisał komitet pod hasłem „zostawcie Wałęsę w spokoju”, pod listem oczywiście sznur nazwisk. Drugi napisał komitet pod hasłem „w imię prawdy historycznej - dogłębnie sprawdźmy wszystko, a najlepiej żeby sam bohater przyznał się do Bolka”. Co za upiorność stwierdzenia! W imię prawdy historycznej, ale najlepiej jakby Lechu dla dobra sprawy i swojego imienia sam przyznał sie do Bolka. No i w tym komitecie także lista nazwisk, zaledwie 2 lub trzy coś mi mówią. Wśród nich jedno nazwisko to Janku, Twoje: Jan Pospieszalski.

I teraz przypomnę mały fakt. Kiedy Lech Wałęsa był Prezydentem - dobrym, czy złym, mieliśmy różne w tym zakresie opinie - jednym z nowych osiągnięć demokracji była możliwość głośnego wyrażania na ten temat swojego zdania. Ba! Nawet organizowania ulicznych manifestacji! W jednej z nich wziąłeś, Janku, udział osobiście. Była to albo wiosna, albo jesień, poznać to było można po zimowej, w złym guście kapocie, którą miał na sobie jeden z organizatorów pochodu, a był nim jeden z braci Kaczyńskich. Który – zabijcie, nie wiem. Manifestacja rusza, kroczy ulicami Warszawy, na transparentach hasła mocne, stanowcze. Pochód kieruje się w stronę Belwederu, gdzie mieszka ówczesny Prezydent Polski z cała rodziną. A jak wiemy, Lech Wałęsa to człowiek rodzinny, żona, dzieciaki, jest tego naprawdę sporo. Pochód dochodzi więc pod Belweder, jeszcze raz właściciel brzydkiej kapoty wali swoje tezy, ktoś za nim krzyczy, reszta powtarza, tłum skanduje. I wszystko tak, jak inne manifestacje. Nikt nawet niczym nie rzuca! Staje się jednak po chwili rzecz o wiele gorsza. Ktoś wyciąga kukłę pana Prezydenta, kukła zostaje podpalona, kukła się pali, wielka ściana ognia, taka słomiana, gwałtowna, ostra, w ciemności bardzo złowroga.

Tego samego dnia rozmawiam z Jankiem na takiej naszej towarzyskiej prywatce. Spotkania takie wtedy były naszym forum zabawowym, ale też dyskusyjnym i napełniającym nas wiarą, że nie wszystko co nas otacza, jest złe. Twoja relacja, Janek, wbiła nas w ziemię! Ja Ci wtedy powiedziałem - żebym nawet nie wiem jak kogoś czy czegoś nie lubił, nigdy bym nie wyraził tego poprzez spalenie kukły lub flagi! Takie akcje mi się kojarzą z Ku Klux Klanem, czy z paleniem stosów z książkami w Niemczech dekady Adolfa Hitlera i propagandy Goebbelsa. Tam każda książka miała swojego autora, swoje nazwisko, była dla mnie związana konkretną osobą… I Ty, kurwa, Jasiu idziesz i uczestniczysz w takim pieprzonym spędzie, w takiej histerii nienawiści!? To jest obce naszej polskiej kulturze! Polacy tak nie robią! Ja tego nie kojarzę!

A pamiętaj, że gdybym tak siedział po tej drugiej stronie i zza firanki oglądałbym płonącą kukłę, to miałbym całe gacie pełne ze strachu i przerażenia nie o siebie, tylko o swoich najbliższych. Bo byłby to dosłownie krok od poczynań tłumów, które, jak to później ktoś określa, „wymykają się spod kontroli”.

Więc dziś zupełnie nie jestem pewien obiektywności tego komitetu ”w imię prawdy historycznej”. Moi drodzy, możemy przyjąć, że Pan Prezydent był Bolkiem, ale możemy także przyjąć taką tezę, i złożyć przy tym Wałęsie gratulacje, że jest on gościem, który wykołował wszystkich ubeckich pojebów i zrobił swoje. I przy tym fakcie każde następne negatywne notowanie jest tylko pstryczkiem nie wartym naszych rozstrząsów.

A w imię „prawdy historycznej” - nie dalej jak w ostatnim numerze Focus Historia przeczytałem wspaniały tekst naukowo-historyczny, opisujący prawdę o obronie Jasnej Góry za czasów potopu szwedzkiego. Historyczna prawda jest o 180 stopni różna od tej sienkiewiczowskiej! Mimo jej bardzo gorzkiego i okrutnego brzmienia (między innymi okazało się, że wojska oblegające Jasną Górę to były wojska złożone z najemników: Polaków i Niemców), w niczym mi aktualnie nie przeszkadzają śpiewane dziś pieśni na temat wspaniałej obrony Jasnej Góry. Nie kolidują one z moim poczuciem prawdy i sprawiedliwości historycznej. Literatura miesza się z faktami, a po tylu latach w niczym, ale dosłownie w niczym, nie umniejsza to roli Jasnej Góry w zyciu Polaków.

Można by więc generalnie powiedzieć tym z komitetu nr 2 – nie palcie Wałęsy! Aktualny problem, który mnie mierzi, to odpowiedzialność tych, którzy w czasie wojny dławili z całą brutalnością Powstanie Warszawskie. Są dokumenty, są świadkowie, a uczestnicy tych zbrodni żyją i są na wolności. A przecież podlegają prawu międzynarodowemu!

Jurek Owsiak
15-05-2008  16:34
Tę bestialską akcję mogli obejrzeć widzowie wielu telewizyjnych programów informacyjnych. W Warszawie z zimna krwią, w sposób absolutnie bandycki, zabito wałęsającego się po ulicach miasta łosia. Taki łoś to w Warszawie widok częsty. Łosie potrafią w swoich wędrówkach zahaczyć o rogatki miasta, aby potem w zagubieniu przedzierać się między różnymi, nieprzewidzianymi przeszkodami. Zresztą jest to normalne i częste także w wielu innych miastach na świecie, gdzie łosie w jakimś stopniu stają się częścią miastowo-leśnego krajobrazu. Nawet film „Przystanek Alaska” pokazał nam łosia, który stał się nie tylko symbolem miasta, ale i przykładem wspaniałej koegzystencji ludzi z dzikimi zwierzętami.

Ponieważ łoś w Warszawie nie pierwszy raz zapuścił nura w stronę miasta, to i nie pierwszy raz specjalne służby musiały rozwiązać ten problem. Zwierzę zazwyczaj jest usypiane przy zastosowaniu specjalnych naboi. Podobnie czynią także specjaliści na całym świecie, kiedy na przykład chcą założyć czujnik na szyję lwa, czy nosorożcowi chcą przytwierdzić specjalnego chipa do podglądania jego rzeczywistości. A te zwierzęta potrafią ugryźć, lub boleśnie, a nawet śmiertelnie stratować. Łoś, co było widoczne na zdjęciach zrobionych telefonem komórkowym, na tuż przed śmiercią był łagodny jak przysłowiowy baranek. Wydaje mi się, że nawet ryzykując wypędzenie łosia harcerskim sposobem na drąga, szmatę i parę osób, można byłoby go skierować w bezpieczniejsze miejsce.

Tymczasem wezwane specjalistyczne służby wydały krótką decyzję, po której koleś w wojskowej kurtce z pierdolonym sztucerem z lunetą na górze w sposób absolutnie bandycki łosia zastrzelił.

Czekamy teraz wszyscy, czy poniesie konsekwencje, czy zostanie ukarany, oraz czy Polska będzie wytknięta przez wszystkie światowe organizacje ekologiczne, przyrodnicze i stowarzyszenia ochrony nad zwierzętami. Czy ten zbrodniczy gest, który cofnął obraz Polski o całe dziesięciolecia do tyłu, nie odbije się czkawką, boleśniejszą niż decyzja o zastrzeleniu tego bezbronnego i biednego zwierza.

Na szczęście polska publiczność, czyli ludzkość oglądająca telewizję, nie uwierzy w bzdurę typu „łoś był agresywny”, czy inną bzdurę typu „na tej powierzchni ulicy czy skweru uśpiony łoś wyczynia różne brewerie, które mogą być dla niego niebezpieczne” (tak tłumaczył to w jednej z telewizji „specjalista” od zwierząt i od przyrody).

A tak swoją drogą – rok temu cała Polska przeżywała wielką walkę środowisk ekologicznych w ochronie Rospudy i jej naturalnych zasobów. Walka szła o krajobraz, o naturę, o gniazda lęgowe, o ochronę rzadkich gatunków zwierząt, o podtrzymanie naturalnego środowiska dla wspomnianych, bardzo maluczkich i nieco większych zwierząt. Pochyliła się nad tym Polska rządowa, pochyliła się nad tym Unia Europejska, sprawę komentowali intelektualiści, architekci, wszelacy specjaliści, a na końcu zdeterminowana młodzież przykuta łańcuchami do drzew w okolicy Rospudy.

Wygrali. Na dzień dzisiejszy w tym rejonie w tragicznych wypadkach komunikacyjnych zginęło kolejnych 5 osób. Samochody, w tym przede wszystkim tiry, bezlitośnie rozjeżdżają ulice miast, totalnie dezorganizując życie ich mieszkańców. Rozwiązanie sprawy nie drgnęło w żadnym kierunku, wokół jest cisza. Od ustrzelenie łosia tymczasem minęły 24 godziny. Cała doba. Nie usłyszałem żadnego zdecydowanego krzyku obrońców Rospudy i jej naturalnego środowiska.

Łoś jest wielki jak cholera. Ten był młody, ale i tak wielki jak krowa. Ustrzelono go, drodzy obrońcy dzikiej natury, w sposób niezgodny z żadnymi normami cywilizowanego świata. To gdzie wy jesteście??? Przecież do wakacji jeszcze chwila… Połapcie się i przykujcie łańcuchami do siedziby kolesia, który wydał tę decyzję.

To jest Rospuda do entej potęgi. Wstydzę się za Polskę, w której dokonano takiej zbrodni. Niech to, kurwa, szlag trafi!

Jurek Owsiak
08-05-2008  12:25
Usłyszałem, że w ramach realizacji obietnic nowego rządu, na dożywianie dzieci w polskich szkołach ma być przeznaczone ponad 600 mln złotych rocznie. Oznacza to, że bez względu na status dziecka, wszystkie one będą dostawały jedzenie i nie będą musiały udowadniać swoich dochodów etc. Taką działalnością już od wielu lat zajmują się organizacje społeczne, między innymi Akcja Pajacyk organizowana przez Polską Akcję Humanitarną. I jest to koncepcja słuszna, dla mnie bardzo pozytywna – jeżeli jest ból z posiłkami, to muszą być one zapewnione. Kiedy ja byłem dzieciakiem, w pełni funkcjonowały w szkołach stołówki, dostawaliśmy tzw. obiady szkolne, wszędzie było widać worki po mące, ryżu albo puchy po oleju z symbolem amerykańskiej organizacji UNRA.
Tylko myślę sobie tak – dlaczego mamy przejeść te 600 baniek? Dlaczego za te pieniądze nie stworzyć koncepcji, która funkcjonowałaby przez wiele lat, czyli na przykład nie zbudować kilkudziesięciu ośrodków produkujących zunifikowane jedzenie dla dzieci, nie zorganizować transportu, nie spowodować, aby raz zapoczątkowany pomysł mógł realizować się przez wiele, wiele lat, być może jedyną zmienną byłaby baza jedzeniowa.

Tymczasem, jeżeli dziś każda szkoła i każda gmina będzie te pieniądze wydawała po swojemu, to istotnie, przejemy je i na następny rok będziemy musieli przyszykować tę samą porcję kasy. Pamiętacie akcję „I ty zostaniesz Świętym Mikołajem”? Mówiłem wtedy Telewizji Polskiej, że skandalem jest zbiórka pieniędzy na zimowe dogrzanie ośrodka. Lepiej go zamknąć, bo jest zarządzany źle, nieudacznie, przecież zima w Polsce co roku. Tłumaczyłem, że pieniądze mają przynosić zysk. Powinny być inwestowane w rozwój, rozbudowę, w poszerzanie wiedzy dzieciaków z tych domów, a nie przeżarcie. To są takie pomysły jak z mundurkami szkolnymi. Wymyślone jak totalny strzał z dupy. Mało tego – byli tacy, którzy chcieli udowodnić ile w tym logiki. Skończyło się totalnym marnotrawstwem ludzkiej energii, pieniędzy, cholernego mundurkowego materiału. Na końcu okazało się, że cała koncepcja obnażyła polską słabość decyzyjną i realizacyjną. Nie uszyto na czas, nie uszyto jak trzeba, uszyto górę, nie uszyto dołu... Polski bałagan.

Boję się, że kolejny raz nie myślimy profilaktycznie, nie myślimy, że coś kiedyś przyniesie nam zysk i warto wydać pieniądze. W tym przypadku brzuch wieloryba – napompujemy, ryba odpłynie. I tylko bąble na wodzie.

Jurek
08-05-2008  12:05
Pomagać, czy nie pomagać… Zdarzyła się ogromna tragedia w Birmie, huragan zmiótł połowę kraju, mnóstwo ofiar i cała fura nieszczęścia. I tak jak w przypadku innych kataklizmów, natychmiast uaktywniają się różne organizacje zajmujące się pomocą. Organizacje ze świata, oraz organizacje z naszego kraju. I dobrze, bo to oznacza, że potrafimy reagować na podobne nieszczęścia, a nawet w niektórych przypadkach skutecznie pomagać.

Kilka dni temu TVN24 zaprosił mnie do rozmowy na temat skuteczności takiej pomocy. Do rozmowy zaproszono także Jankę Ochojską z Polskiej Akcji Humanitarnej, oraz Jacka Mojkowskiego, redaktora naczelnego tygodnika Forum – to taki magazyn będący podsumowaniem tego, co pisze się w najbardziej znanych czasopismach całego świata. Program rusza, pokazują się napisy prezentujące organizacje, które już zbierają pieniądze na pomoc: Caritas, PAH i Polski Czerwony Krzyż. Komentator zaprasza do obejrzenia materiału „pokataklizmowego”, nadmieniając przy okazji, że Birma to kraj boleśnie rządzony przez juntę wojskową. Kraj zamordyzmu, totalnej władzy trzymanej w jednym ręku, gdzie nie istnieją żadne prawa człowieka, jakikolwiek rozsądny kontakt ze światem. Właśnie odmówiono wjazdu na teren Birmy amerykańskim ratownikom.

Po redaktorze prowadzącym zabiera głos Janka, która mówi o gotowości jej fundacji do niesienia pomocy miejscowej ludności. Swoje działania chcą zacząć od naprawiania studni wodnych i odbudowy szkół, co jest ich specjalnością. Redaktor naczelny Forum wysnuł wniosek, że jest szansa, aby na zgliszczach kataklizmu do Birmy wjechała chociaż odrobina wolnego świata, a to może rokować obalenie junty. Tym bardziej, że idą wybory i główny junciarz może zabiegać o dobry wizerunek.

Ja natomiast powiedziałem, że:

Pomoc kierowana z Polski będzie pomocą dosyć drobną i o ile nie cała, to lwia jej część przepadnie rozkradziona, zdefraudowana, zmarnowana, zaprzepaszczona. Stanie sie tak, ponieważ państwo takie jak Birma z wariatem, który rządzi i władzy oddać nie zamierza, nie ma nawet pierwiastka nawyków koniecznych do tego, by rozdzielać coś uczciwie, sprawiedliwie, wg potrzeb. Dałem przykład pomocy uchodźcom z Kosowa, czyli polski konwój do Albanii w którego organizację zaangażowała się nasza Fundacja, a który, gdyby nie nasze uparcie się, zniknąłby w magazynach miejscowej, albańskiej mafii, a nie w konkretnym obozie dla uchodźców. Swoją drogą, był to konwój organizowany przez PAH i był wtedy, 8 lat temu, zorganizowany fatalnie, bez kompletnej znajomości tematu. Na szczęście nic nie straciliśmy. Drugim przykładem, jeszcze bardziej dotykalnym, sprzed 2 lat, był kataklizm tsunami, który między innymi dotyka Sri Lanki. My, czyli Orkiestra, nie zbieramy pieniędzy, tylko przeznaczamy 1 mln złotych ze środków zebranych dzięki Allegro, na zakup sprzętu medycznego dla szpitali dziecięcych na Sri Lance. Osobiście jedziemy na miejsce – podróż finansuję z pieniędzy mojej firmy telewizyjnej, bo przygotouję z tego także program do telewizji. Na miejscu odwiedzamy szpitale, do których planujemy dostarczyć sprzęt. Niektóre z nich nie znajdują się w ogóle na liście ichniejszego Ministerstwa Zdrowia, adresy są nam podawane przez prywatne osoby. Dojeżdżamy nawet do jednego szpitala znajdującego się po stronie Tamilskich Tygrysów, czyli na ziemi, która w wyniku wojny domowej na Sri Lance od wielu lat nie jest kontrolowana przez władze kraju. I widzimy tam szpital z pogranicza fantazji, bardziej barak z brudnymi konstrukcjami łóżek i z pudełkiem lekarstw. Ktoś tam urodził dziecko, obok gościu zwinięty w agrafkę, bo chyba struty, obok jeszcze ktoś inny z maską tlenową leczy swoją astmę, a maska i butla to tutaj sprzęt z górnej półki. Po naszej wizycie dokładnie wiemy, jaki sprzęt mamy kupić, gdzie ma stać, ile miejsca zajmie, jaka musi być jego wytrzymałość, chociażby jeśli chodzi o lakier na konstrukcjach łóżek, którego nie może zniszczyć wilgotne powietrze. Zapowiadamy powrót. Następnie w Polsce kupujemy sprzęt (zapraszam do nowinki: link), pakujemy go do czterech wielkich kontenerów, wysyłamy statkiem do Kolombo. W tym samym czasie do portu Kolombo napływa pomoc z całego świata. Pomoc ogromnej wartości, setki milionów dolarów w postaci sprzętu, żywności, gotowych domów i innych bardzo konkretnych darów. Świat przy okazji pozbywa się także wszystkich śmieci. Oglądamy składowiska szwedzkich wózków dla inwalidów i specjalnych łóżek szpitalnych – dary ze Szwecji. Rocznik: wczesne lata 80-te. Totalnie połamany, zdezelowany sprzęt. Wstyd i obciach.

Kiedy byliśmy na Sri Lance, by ustalić konkretne potrzeby, spotkaliśmy przedstawicieli wielkich światowych organizacji niosących pomoc. Byli oni już na miejscu, kontrolowali przepływ wszystkich darów. Kontrolowali ze swoich hoteli, w których jest luźno, bo turyści po tsunami nie pchają się na Sri Lankę, a pogoda cudna i w cieniu palmy przepysznie. Spotykamy ich 2 miesiące później, kiedy przyjeżdżamy, aby odebrać kontenery z portu. Oni się dziwią, że chcemy śledzić, co się z kontenerami dzieje. Są, pomoc odfajkowana, w czym ból? Trzeba czekać na następne meldunki o rozładowaniu statku. A my że nie, że skoro są to pieniądze społeczne, to chcemy pokazać, co się z tym dzieje. I przez 2 tygodnie, dzień w dzień, odwiedzamy srilańskie Ministerstwo Zdrowia w Kolombo, rozmawiamy z samym ministrem i widzimy, jak na naszych oczach, z pełną premedytacją, obłudą i skurwysyństwem w oczach, próbuje się cały ten ogromnej wartości i konkretny towar przechwycić dla własnych celów. Nowe piękne łóżka, cały sprzęt do wyposażenia sal szpitalnych, inkubatory, respiratory fantastycznie przydadzą się w szpitalach rządowych i tych, które są pod bezpośrednim protektoratem Ministerstwa Zdrowia. Można też je zżenić na czarnym rynku.

Dzień za dniem drepczemy, jesteśmy upierdliwi, a w niedzielę na własną rękę szukamy kontenerów na wielkich składowiskach wokół całego Kolombo. Jest ich setki tysięcy, ponieważ głównym problemem związanym z niesieniem pomocy przy takich wydarzeniach jak ówczesna Sri Lanka czy dzisiejsza Birma, jest zbudowanie całej logistyki, znalezienie sposobu, w jaki tę pomoc na miejscu trzeba organizować i dystrybuować. Nie zrobi tego rząd, bo nie jest na to przygotowany. Nie ma odpowiednich magazynów, bo nikt ich nie buduje przewidując taki czy inny kataklizm. Nie ma odpowiedniego schematu działań, jest za to totalne składowanie, a później przekazywanie pomocy wg swojego uznania, swojego tempa, najczęściej mało skuteczne i mało przemyślane. Po dwóch tygodniach mozolnego człapania od urzędu do urzędu wpadamy na pomysł, aby poprosić o pomoc nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych. I tutaj wielkie HURA, ówczesny Minister Spraw Zagranicznych, Adam Daniel Rotfeld, reaguje natychmiast. Wzywa ambasadora Sri Lanki w Polsce, stawia go na baczność, naszymi kontenerami po chwili zajmuje się już srilańskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Widzimy totalną wściekłość kilku urzędników od zdrowia, bo nasz towar wymyka im się z rąk. Kontenery w końcu trafiają do nas, zostawiamy więc dwie osoby w Kolombo, prosząc ich pracodawców w Polsce, aby wyjątkowo przedłużyli im urlop. I tak dwóch facetów – Ners i Żebro – pilnują, aby cztery wielkie kontenery przeładować na30 samochodów i rozwieźć wszystko po szpitalach. Na miejscu, jako że wcześniej byliśmy na to przygotowani, w ruch idą narzędzia i wraz załogą szpitali cały sprzęt jest montowany i ustawiany na salach. Ekipa od Tygrysów Tamilskich nie może wyjść ze zdumienia, że obiecany sprzęt do nich przyjechał. To cud, że wojsko przepuściło naszą ciężarówkę na ich stronę Tamilów! Wszystko jest obfotografowane, sfilmowane, w każdym szpitalu oraz jednym domu dziecka w Kolombo zawisły plafony WOŚP. Akcja skończona, nie straciliśmy nawet jednej śrubki. Gdyby nie pomoc ludzi z Fundacji Viva Kultura, którzy doskonale orientują się w miejscowych zwyczajach, gdyby nie nasza determinacja, a także dobrze przemyślana organizacja zakupów i wybór konkretnych miejsc, gdzie ma się pomoc znaleźć, nie mielibyśmy żadnej gwarancji, że sprzęt ten trafił chociaż w 1% do potrzebujących.

W związku z tym nie daję wiary, że jakakolwiek pomoc Caritasu, PCK i PAH-u będzie skuteczna. Nie usłyszałem żadnego rozliczenia akcji przeprowadzonej na Sri Lance przez Caritas – otrzymali ogromne wsparcie od społeczeństwa polskiego na pomoc dla ofiar tsunami. Słyszałem, że pieniądze te miały wspomagać program „Adopcja na odległość”, ale o żadnych konkretnych efektach tej pomocy nie słyszałem. Mam wrażenie, że projekt ten powstał w momencie, kiedy my mówiliśmy trudnościach i trzeba było publicznie zadeklarować, co z tymi pieniędzmi ma być uczynione. PAH poderwał się bardzo dzielnie do działań, mając na koncie ponad 10 mln złotych (przypominam, nasza pomoc to 1 mln złotych!) i utknął na kilkudziesięciu dosłownie studniach do czerpania wody. A potem okazuje się, organizacja nie zdołała wydać wszystkich pieniędzy, które trzeba rozliczyć wobec MSW, jako że była to zbiórka publiczna. Być może pieniądze nie zostały zmarnowane, ale też i nie zostały skutecznie wydane na cel związany z pomocą.

Jeśli my, Polacy, mający wspaniały odruch serca, aby pomagać, chcemy czynić to skutecznie, musimy sobie zdawać sprawę, że jest to bardzo kosztowne, wymaga pracy ludzi, ich czasu, wymaga bardzo precyzyjnych planów i często już na tym etapie możemy polec, bo momentami koszty mogą być nieproporcjonalnie wysokie do tych, które chcemy zadeklarować jako naszą pomoc. Powinna powstać międzynarodowa organizacja oparta na wsparciu wielkiej logistyki wojskowej, która w takich sytuacjach na wydzielonym na czas trwania akcji eksterytorialnym terenie zbudowałaby własną strefę, z której tę pomoc by skutecznie rozdzielono. Japonia czy Chiny wpompowały setki miliony dolarów w Sri Lankę. A my, daleko od stolicy, spotykaliśmy ludzi, którzy nie mieli zielonego pojęcia, że jakakolwiek pomoc na taką skalę jest organizowana. Dlatego, mimo mojego ogromnego, osobistego współczucia i chęci pomocy, w tym momencie żadnej z organizacji nie przekazałbym swoich pieniędzy, bo nie byłbym pewien efektu końcowego.

A facet z Forum? Pieprzył androny o sytuacji politycznej, przewidywaniach, notowaniach i różnych koncepcjach, a na końcu jak z Irakiem – nakręcono nas na totalne zagazowanie i ukrytą broń chemiczną, a okazało się to ściemą i tylko pretekstem do całej wojennej awantury. Takie kraje jak Birma kompletnie nie mieszczą się w tych różnych dywagacjach, które niestety, w rozmowie na antenie TVN24 zabrały nam cenny czas, który można było przeznaczyć chociażby na odpowiedź dla Janki, że jej koncepcja pomocy, niestety, przy całym szacunku dla niej, jest papierowa i nieprawdopodobna. Stwierdzenie, że nawiąże ona kontakt z miejscowymi organizacjami na tle panującego w Birmie totalnego zamordyzmu, przedstawionego nam z filmowej relacji, to po prostu brak rzetelności w tym co Janka mówi.

Wypada życzyć, żeby się wszystko powiodło, chociaż dzisiaj wygląda to na marnowanie energii i możliwości, jakimi dysponują te organizacje.

Jurek
08-05-2008  10:39
Przez dwa tygodnie sportowy orzeł, czyli piłkarz jednej z drużyn polskiej ligi piłkarskiej, biegał po boisku z koszulką, na której widniał napis odnoszący się z nienawiścią do innej drużyny, gdzie obok słowa „śmierć” znajdował się dodatek określający pochodzenie tej drużyny. Czyli jak już obrazić to porządnie, z dopiskiem „żydzewskiej kurwie”.

W innym miejscu sędzia pokazuje czerwoną kartkę czarnemu piłkarzowi, który nie wytrzymuje rasistowskich okrzyków ze strony chuliganów i pokazuje gest Kozakiewicza. Sędzia stwierdza, że to i tak był łagodny wymiar kary.

Do tego dochodzą permanentne boje stadionowe, o których co i raz dochodzą do nas wiadomości jak newsy z frontu wojennego w rodzaju „na zachodzie bez zmian”. Chuligańskie zadymy roznoszą wszystko w pył, niszczą i demolują, następnie chuligani rozchodzą się do domów, aby za jakiś czas spotkać się znów z całym tym policyjno-chuligańskim obrzędem. Wydaje się, że sytuacja jest nie do wygrania przez żadną ze stron i powoli robi się z tego rytuał. Tylko dlaczego płacimy za to my wszyscy? Przecież kosztuje policja, kosztują zniszczenia, a na końcu ludzie boją się chodzić na mecze.

Oczywiście, nakładane są kary, które z tego co obserwuję, nigdy nie dotrwały do końca. Gdzieś półroczna karencja stadionowa znika raptem po dwóch miesiącach, zatrzymani chuligani są wypuszczani, a o tych, których karze prawo, nie słyszymy, więc nie mamy poczucia sprawiedliwości, że komuś się za wybryk dostało.

I tak sobie myślę, że ja nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby wszelkie światowe i europejskie federacje piłki nożnej przestały chrzanić się w upominanie i jakiekolwiek dyskusje, tylko skreśliły całe polskie piłkarstwo na 5 lat, wydając zakaz jakichkolwiek kontaktów i rozgrywek za rasizm, antysemityzm, czyli generalnie za totalną polską wariacką agresję i nienawiść. Byłby wstyd, obciach, w oczach innych narodowości ukazałaby się Polska jako tandeta, jako chamstwo i nieodparta wola samozniszczenia. Jako kraj bez żadnych zasad. Kraj, który sam się upadla przez takie właśnie sytuacje, gdzie wszystkie negatywne zachowania giną w mroku obojętności tych, którzy mogliby przeciwstawić się takim postawom. 5 lat, zamknąć i dupa i nic, żadnego odpustu, żadnego popuszczania zamkniętych drzwi. I wtedy dopiero ruszyłoby narodowe na maksa wkurwienie, które już po chwili przerodziłoby się w płacz i biadolenie.

Ale może równie dobrze ktoś pochyliłby się nad całą istotą tych łobuzerskich zdarzeń i już Wam mówię, co by było. Okazałoby się, że ludzie generalnie kochają piłkę nożną, kochają wydarzenia sportowe, kochają strzelone bramki, a swoich bohaterów - piłkarzy uwielbiają, szanują i cenią. Ludzie są dumni z naszych polskich sukcesów, ze zbudowania wspaniałych emocji. Ankiety by pokazały, że 99% ludzi kocha sport szczerą pieśnią i kulturalnym klaskaniem w dłonie. I nagle by wyszło, że jeden chuligan z drugim chuliganem tłumaczyliby, że ryknąłem coś głupiego, bo inni też ryczeli. Pokazałem coś głupiego, bo inni coś pokazali. Ci inni znów mówiliby, że to nie oni, tylko właśnie ci dalsi inni. I tak byśmy doszli do garstki ludzi. Po takim jednym Fritzlu na każdą grupę kibiców, który narzuca, wymyśla, kombinuje pod górę, istotnie jest rasistą, antysemitą, jest agresywny, nie lubi sportu, nienawidzi ludzi. I taki Fritzl nakręca to wszystko. I takiego kolesia trzeba trafić, wyedukować, a na końcu być może ukarać za wszelkie przypadki łamania praw człowieka, jakie mają miejsca na polskich stadionach. Tłum potrafi zrobić rewolucję, wywalić bramy z zawiasów, przetoczyć się szarą masą. Ale zawsze jest ktoś, kto tym wszystkim dowodzi. I tak jak w przypadku Austriaka, który cofnął cywilizacyjne normy o całe wieki wstecz - nie jest on odzwierciedleniem całego austriackiego społeczeństwa. Chcę więc wierzyć i ufać, że antysemickie napisy na stadionach, rasistowskie okrzyki w czasie piłkarskich zmagań, to bezmyślna tuba jednego wariata, jednego stadionowego Fritzla, który cofa nas o wieki do tyłu.

Tak swoją drogą, to właśnie dzięki czarnoskórym piłkarzom polska ligowa piłka nożna jeszcze się trzyma, podobnie zresztą jak na całym świecie. A także warto zauważyć, że od wielu już lat na Przystanku Woodstock stowarzyszenie Nigdy Więcej organizuje turniej piłkarski pod hasłem „Wykopmy rasizm ze stadionów”.

Jurek Owsiak
08-05-2008   9:30
Kilka dni temu miałem okazję wziąć udział w dwóch programach telewizyjnych. Pierwszy, emitowany w Super Stacji, to cykliczne rozmowy z gościem prowadzone przez Wojciecha Mazowieckiego (syna Premiera Tadeusza Mazowieckiego) na najróżniejsze tematy. Drugi program to popularna audycja na antenie TVN p.t. „Teraz My”.

Wojtek już drugi raz zaprosił mnie do studia. Tym razem tematem była szkoła, system polskiej edukacji, matury, kondycja i nauczycieli, i uczniów… Mogliśmy bardzo ciekawie przez 20 minut porozmawiać. Prowadzący nie przerywał, słuchał co mam do powiedzenia, miał swoje wnioski, które natychmiast podrzucały nowy wątek do rozważań. Generalnie w wyniku rozmowy doszliśmy do wniosku, że polska szkoła powinna uczyć się, jak uczyć. Polski uczeń jest cały czas owijany w różne pomysły – jedni wykluczają lektury w sposób rewolucyjny, inni w sposób równie rewolucyjny narzucają swoje, zaś polityka jest czymś, co niestety przynosi ze sobą coraz to nowe, nieprzemyślane pomysły. Nauczyciele nie mają czasu, uczniowie mówią, że najlepiej uczyliby się w domu, programy są przeładowane, ale jakoś nie zajmujemy, jako Polacy, pierwszych miejsc w światowych czołówkach konkursów wiedzy. Wg mnie wyczerpująca temat dyskusja trwała 20 minut. Zarówno ja, jak i Wojtek pozwoliliśmy sobie na chwalenie, krytykowanie, rozważanie różnych punktów widzenia, różnych problemów. Mam nadzieję, że oglądający mogli gdzieś dopasować swoje myślenie, albo przynajmniej zacząć w swoim gronie na ten temat dyskutować.

Potem popędziliśmy do programu „Teraz my”, gdzie w pierwszym spotkaniu Tomasz Sekielski i Andrzej Morozowski ruszyli z tematem dobrosąsiedzkich stosunków. Dlaczego w Austrii nikt nie zauważył, że pod ich nosem dzieją się tak straszne rzeczy? Autorzy programu przeprowadzili eksperyment – w jednym z warszawskich dużych bloków zainscenizowali w mieszkaniu awanturę domową z okrzykami, wyzwiskami, tłuczeniem talerzy. Padały groźby, stan krzykliwej agresji był wysoki. Reporterka pukała do drzwi pytając się, czy może ktoś pomóc. Ludzie do pomocy byli nieskorzy, ale jedna z sąsiadek zainterweniowała. Pukanie do drzwi kłócących, krótka dyskusja, sąsiadka chowa się do swojego mieszkania. No i jakie wnioski? Czy sobie pomagamy, czy też nie?

Mój wniosek był jeden – przestajemy pomagać, bo boimy się ośmieszenia, ze w przypadku interwencji policja lub straż miejsca zbagatelizuje całe zdarzenie. Boimy się interweniować, bo czekają nas korowody nieprzyjemnych biurokratycznych zdarzeń. Boimy się interweniować, bo na własne oczy widzimy policyjną obojętność wynikającą z nieskuteczności prawa – tzw. krótkotrwały zabór mienia, niska szkodliwość społeczna czynu, niechęć do spisywania protokołów, a to wszystko dzieje się na tle chociażby problemu stadionowych chuliganów, którzy są od wielu lat faktycznie poza prawem. Tylko garstkę ich dotyka prawo, a i to, w moim odczuciu, w sposób bardzo łagodny. Polacy widzą więc degradację prawa i brak jego skutecznego stosowania.

W czasie, kiedy przedstawiam swój osobisty punkt widzenia, dziennikarze próbują podsumować to krótkimi sformułowaniami. Mówią - „zła policja”, a ja, że nie, że system jest zły i pozwala policji na nieskuteczność, bo nie wyciąga wniosków z ich ogromnych wpadek. „To karać ostrzej?” - nic takiego nie powiedziałem. Chodzi mi o to, że trzeba egzekwować chociażby te kary, które są ustanowione. „Czyli nie chcemy udzielać pomocy ludziom, którzy jej potrzebują?” – nic takiego nie powiedziałem. Na Waszym filmie sąsiadka z kotem na ręku jednak interweniowała.

I tak dalej. Mamy 5 minut na rozmowę, obok mnie zasiadł drugi rozmówca, który niestety, nic do dyskusji nie wniósł, a wnioski w postaci pojedynczych haseł nic tu nie dają. Udało mi się jeszcze powiedzieć, że brak konsekwencji za nawet takie moralne łamanie prawa jak noszenie przez piłkarza podkoszulki z rasistowskim napisem nie zakończyło się żadnym zdarzeniem, które by oznaczało, że takie zachowania piętnuje się w sposób zdecydowany. Rozmowa była chaotyczna, przerywana jednozdaniowymi wnioskami, które mogą tylko zdenerwować. Przynajmniej na końcu można było tylko odpowiedzieć na jedno pytanie – to jak przeciwdziałać? Chociażby w ten sposób, że o tych sprawa trzeba jak najwięcej mówić i publicznie je pokazywać.

Zaraz po mnie w fotelach zajęło miejsce dwóch polityków i podejrzewam, że nieźle skoczyli sobie do ryjów.

(Jurek)
Strona Główna | English | Kontakt | Fundacja | Nasza działalność | Finał WOŚP | Przystanek Woodstock | Pokojowy Patrol | Uniwersytet | Uczymy Ratować | Medycyna | Forum WOŚP | Strony Jurka Owsiaka | Złoty Melon | OTV | Sklepik WOŚP | Radio Woodstock