Mini blog Jurka Owsiakastyczeń (ilość wpisów: 3)
29-01-2009 9:34
Cierpliwie, o czym już wcześniej dawałem sygnał, nawet na totalną głupotę i momentami wręcz rasistowskie zachowania próbujemy odpowiedzieć rzetelną informacją. Mimo, że czasem pięści w kieszeniach same się zaciskają... Ale że czynimy rzeczy duże i skierowane do ogromnej publiczności, to także i naszym obowiązkiem jest udzielić odpowiedzi, zwłaszcza w sytuacji, kiedy pytająca osoba nie jest anonimowa, tylko konkretna z imienia i nazwiska. Przeczytajcie taki oto tekst, który ukazał się w maleńkiej gazecie Nowiny Nyskie, a potem kilka słów ode mnie: Autor: Janusz Sanocki W ludowej opowieści Cygan pokazywał gospodyni jak ugotuje zupę z gwoździa. Wrzucił gwóźdź do wrzątku, a potem poprosił o trochę soli, mąki, słoniny, na koniec gospodyni zadziwić się nie mogła, że zupa z gwoździa taka dobra. Setki tysięcy podrygujących w rytm muzyki młodych ludzi, sam guru licytujący kolejne „fanty”, „pękające miliony” i telewizja wyciskająca nam łzy widokiem chorych dzieci, bo „w tym roku orkiestra gra dla dzieci z chorobami nowotworowymi”. Kto nie wzruszy się widokiem chorego dziecka? Kto poskąpi grosza do puszek „wielkiej orkiestry”? Kto nie zgodzi się z opinią jakiejś tam profesor, że „wczesne wykrywanie choroby nowotworowej u dzieci jest bardzo ważne”. No pewnie, że jest ważne! Tymczasem bezduszni artyści nie chcą już występować za darmo. We Wrocławiu zażądali coś ok. 80 tys. za występy, ale sponsorzy tym razem dali tylko połowę. No to co było robić – miasto dołożyło swoją działkę. Podobnie w Olsztynie, Ełku, Białym stoku i całej Polsce. Na „chciwych” artystów nakrzyczał Jurek Owsiak, że jak nie chcą grac za darmo, to wynocha! Sprawa jednak jakoś szybko przycichła, a gwarantuję wam, że w szoł-biznesie nikt nie kiwnie palcem za darmo. No bo czy producenci sprzętu czy dają ten sprzęt „dla chorych dzieci” za darmo, albo chociaż „po kosztach”? A dziennikarze czy nie biorą honorariów za entuzjastyczne komentowanie „finału”? Najprawdopodobniej artyści – będący najbliżej sztabu WOŚP, zorientowali się że w całym interesie chore dzieci i owszem, są, bo trudno byłoby wprost zbierać na „producentów sprzętu”, albo na zespoły, albo na reklamę Jurka i postanowili nie być frajerami wytargować większa działkę. Na szczęście samorządy jak zwykle sypnęły publicznym groszem (ile to było w skali kraju? Nie lepiej było wprost kupić sprzęt) i tym razem jeszcze się udało. Tymczasem cichutko jak myszka pod miotłą, przy wszystkich tych audycjach o chorych na nowotwory dzieciach, siedzi sobie minister zdrowia. Pani Minister, Panowie dyrektorzy ZOZ-ów! Toż wy nie wiecie, że respiratory i ultrasonografy trzeba kupić?! Dopiero witrażysta Jurek Owsiak Wam to musi przypomnieć?! Tymczasem trwa radosna feta - do późnych godzin młodzi wolontariusze biegają z puszkami po miastach (w poniedziałek nie pójdą do szkoły) i grają kapele rockowe, po prostu karnawał. W Rio też jest karnawał, też podrygują, ale tam nie ma Owsiaka i WOŚP. Dlaczego? Koncerty rockowe też odbywają się na całym świecie, ale tam też nikt nie czaruje, że ratuje chore dzieci. Bo to oczywiste czary – mary. Rocznie na zakupy sprzętu wydaje się w Polsce ok. 4 mld zł, a cała zbiórka WOŚP to ok. 30 mln zł. Czyli nawet nie ułamek procenta tego co rocznie wydaje się na sprzęt. A gdzie koszty akcji? Oficjalne koszty promocji, „Przystanku Woodstock” to ok. 6 mln. Nieoficjalne - czyli to co dają samorządy i telewizja - przypuszczalnie, przekraczają w sumie to, co WOŚP może przeznaczyć na zakup sprzętu. Dlatego takich akcji nigdzie na świecie nie ma, bo nawet prości ludzie w trzecim świecie, nie mówiąc o Anglikach, Francuzach czy Niemcach, nie dają się tak nabierać na plewy jak Polacy. Gdyby policzyć wszystkie koszty rzetelnie, okazałoby się, że po prostu akcja Owsiaka więcej kosztuje niż przynosi pożytku. Ocenia się, że na dostosowanie naszych szpitali do wymogów unijnych, trzeba dać 14 mld złotych. WOŚP musiałby więc zbierać na ten cel jakiś 460 lat. Opowiadanie, że Owsiak ratuje polskie szpitale to pic na wodę. Prawdę powiedziawszy nie ma żadnego, zauważalnego związku między tym wielkim festiwalem i poruszeniem ogólnonarodowym, a stanem służby zdrowia. Przy całej histerii jaką co roku rozpętuje telewizja, trudno o zachowanie zdrowego rozsądku. Nikt nie ośmieli się zapytać ile to wszystko kosztuje i jakie są efekty? Również te wychowawcze. Walec głupoty miażdży Polskę. No bo inaczej jak wytłumaczyć, że ludziom tak bardzo smakuje zupa z gwoździa? Pan Janusz Sanocki od samego początku Orkiestry darzy ją osobistą nienawiścią, która przybierała czasami nawet urzędowy wymiar. Kilkanaście lat temu, będąc burmistrzem Nysy, nie wydał zgody na działalność sztabu, motywując to podobnymi argumentami, które ujął w przytoczonym powyżej artykule. Dorzucił do tego jeszcze wątki rozpusty, diabelskich dźwięków rock’n’rolla, generalnie cały obraz Orkiestry jawił mu się jako gigantyczna sodoma i gomora. Pan Sanocki wypadł z administracji miasta Nysa. Nie będąc już burmistrzem, stworzył wiele lat temu akcję, która zbiera pieniądze dla potrzebujących w Nysie tego samego dnia, co Orkiestra. Nie mieszkam w Nysie, trudno mi zatem oceniać, jak działa jego fundacja i jak pomaga ludziom potrzebującym. Kiedy mieszkańcy Nysy kilka lat temu zwrócili się do nas, by pomóc im w zorganizowaniu świetlicy dla dzieci niepełnosprawnych, w naturalnym odruchu skierowałem ich do Pana Sanockiego jako dobrodzieja w takich właśnie lokalnych sytuacjach. Odpowiedziano mi, że ten adres już na początku starań rodziców okazał się adresem złym i p. Sanocki w żaden sposób nie wspomógł inicjatywy. Za to my wsparliśmy cały pomysł nie tylko dobrym słowem, ale i wszelkiego rodzaju praktycznymi radami, a na końcu kupiliśmy sprzęt do rehabilitacji dzieci z porażeniem mózgowym. I musicie wiedzieć, że ten sprzęt mogliśmy kupić absolutnie w zgodzie z naszym statutem, ponieważ mamy taką możliwość i wielokrotnie pomagaliśmy w momencie, kiedy instytucje, stowarzyszenia czy grupy na przykład aktywnych rodziców uczynią pierwszy wkład, a potem sformalizują i usankcjonują taką placówkę. No więc po tej akcji pan Sanocki, wprawdzie nie osobiście, ale przez kogoś, przysłał mi książkę z dedykacją i z prośbą, aby wrzucić ją na aukcje Finału. Wrzuciłem. Nie pamiętam, jak została zlicytowana. Ale w opisie aukcji podkreśliłem, że powinniśmy zapominać o napięciach i budować nowe relacje. Jak widać po tym artykule, pan Sanocki takiej chrześcijańskie postawy nie reprezentuje, wręcz przeciwnie – ociera się o kłamstwo, szkalowanie i bardzo rasistowskie zachowania. Te wypowiedzi o obywatelach Trzeciego Świata, to porównanie nas do głuptasów i durniów za to, że w ogóle uczestniczymy w tej zbiórce, pokazują tylko brak jakichkolwiek norm etycznych u człowieka, który wielokrotnie bardzo głośno oznajmia, jak ważne są dla niego zasady człowieka wierzącego, zasady katolika i chrześcijanina. Pięści w kieszeniach się zaciskają, kiedy p. Sanocki pisze o nieskuteczności naszych programów medycznych i o nieskuteczności urządzeń, które przecież znajdują się we wszystkich dziecięcych szpitalach w całej Polsce! Odbieram to jako efekt dogmatycznie i źle nastawionego do świata charakteru tego pana. Ale kiedy pisze on, że koszty Finału wielokrotnie przekraczają to, co zbieramy, czy że samo promowanie Przystanku Woodstock kosztuje 6 mln złotych, a sprzęt producenci powinni dawać za darmo – to już ociera się o pomówienia, kłamstwo, totalną niewiedzę, a na końcu zwyczajne chamstwo. I to powoduje, że tak naprawdę, chociaż powinniśmy walczyć o swoje dobre imię, to lejemy na dochodzenie swoich praw przed sądem. Za to jeszcze bardziej utwierdzamy się w sile i wierze, że skoro tak dużo ludzi gra razem z nami, za co im bardzo dziękujemy, to robimy rzeczy dobre i pożyteczne. I nawet nie wie Pan, Panie Sanocki, że będąc tak złośliwym, złym człowiekiem, dał Pan nam wszystkim siłę, aby dalej realizować coś, co wraca do ludzi lecząc i ratując ich życie. A w tym nie powinny przeszkodzić nam nawet osobiste odczucia i emocje które budzą się w człowieku wobec podłości, jaką wylewa Pan z siebie od lat. Zapewniam Pana, że gdyby ktokolwiek z Pana najbliższych miał skorzystać z orkiestrowego sprzętu, zrobilibyśmy wszystko, aby o każdej porze dnia i nocy pomóc i skutecznie ratować jego zdrowie. Natomiast jeżeli nie potrafi Pan nam pomagać, niech Pan chociaż nie przeszkadza, a przede wszystkim - nie obraża ludzi. Jurek Owsiak
27-01-2009 12:46
Newsweek opublikował swoją subiektywną listę 50 najbardziej wpływowych Polaków. Dobrze, że w tytule znalazło się słowo „subiektywna”, bo zestawienie jest moim zdaniem zupełnie, ale to zupełnie od czapy i aż trudno znaleźć kod, który rozróżnia popularność od rzetelnego i faktycznego wpływu na obywateli Polski. Gazetę kupiłem w przecenie, ponieważ dopiero teraz ktoś dał mi cynę, że znajduję się w środku wspomnianego rankingu. Musicie wiedzieć, że takie „pozaobiegowe” egzemplarze czasopism, które już zostały wycofane z punktów sprzedaży i zastąpione nowszymi numerami, kupuje się na Dworcu Wschodnim, na specjalnych straganach. To taka dygresja, gdyby ktoś szukał czegoś przecenionego. No więc jestem na tej liście i poniżej przedziwnej karykatury, gdzie ryj mam jak rozmazany kartofel, jest „opis zjawiska”. Już pierwsze stwierdzenie – „człowiek-orkiestra” do lotnych i odkrywczych nie należy, ale niech będzie. Potem czytam: I tu jest cały pic. Otóż wiem, co ludzie potrafią napisać i dawnymi czasy nawet nie ja, ale słuchacze niektórych audycji radiowych z moim udziałem kwitowali bardzo dosadnie takie „redakcyjne wstępy”, prosząc, by skończyć ze zmuszaniem Jurka do udowadniania, że wielbłądem nie jest. Tym bardziej, że wszystkie te informacje pochodzą z anonimowych obelg, których powinniśmy unikać bez względu na to, kogo by dotyczyły. Jątrzą, wcinają się chamstwiem i wulgarnie kwitują rzeczywistość. Nie mają nic wspólnego z odrobiną rzetelności czy konstruktywnej dyskusji. To tak, jakby newsy z Polski zaczynać od stwierdzenia „W krainie złodziei samochodów…”. Sam dostaję guli, kiedy słyszę, że któraś ze znanych niemieckich czasopism używa sformułowania „polskie obozy koncentracyjne”. Teoria spiskowa dziejów kazałaby widzieć w tym głębszy plan, ja staram się to tylko odbierać w formie niedorzeczności dziennikarskiej. Wracając do tego newsweekowego wstępu – klikaliśmy i klikaliśmy… Wydaje mi się, że dawno, dawno temu chyba częściej się spotykało takie obelżywe informacje. Dziś, po 17 latach pracy z Orkiestrą, otwierają się przede wszystkim strony z dość rzetelnymi informacjami o naszej działalności. Dzwonię więc do Newsweeka. Trzeba przyznać, że bardzo szybko kontaktują mnie z autorem, który ma na imię Igor. Pan Igor najpierw tłumaczy mi, że on bardzo ceni Orkiestrę i właśnie dobre wiadomości przeciwstawił tym kalumniom. Ja więc pytam Pana Igora - to, że ktoś mnie uważa za chuja, to ja sobie zdaję sprawę, że tacy ludzie są, ale po cholerę tym właśnie zaczynać artykuł o czymś, co jako Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest pozytywnie postrzeganym przez autora zjawiskiem? Mało tego – mówię mu – klikam i nie znajduję tuż pod naszymi, tych Pańskich stron! Pan Igor, trochę już w nerwie, tłumaczy mi, że przecież ludzie takie rzeczy piszą… No to ja znowu od początku – zbieramy pieniądze już 17 lat, kupujemy graty medyczne, ratujemy życie ludzkie. Czy te obelgi istotnie są przeciwwagą do całego zjawiska? Tak istotną, że trzeba od tego zaczynać pisanie tej noty? Pan Igor swoje – to co, nie można Pana krytykować? A ja na to – Panie Igorze, Pan wyluzuje! Ja nawet tej krytyki nie mogę tak od razu znaleźć w Internecie! Czy Pan wie, że tysięczny raz powtarzane słowo „ubek”, „złodziej” etc., w pewnym momencie staje się obiegową opinią? Już raz mieliśmy ten dylemat z tytułem programu „Róbta co chceta”. Kiedy zaczęły się ukazywać idiotyczne artykuły sugerujące, że jest to moja filozofia życiowa, ze śmiechem na ustach czytaliśmy je na głos. Śmiech się skończył, kiedy coraz poważniejsze osoby zaczęły używać tego jako dogmatu. Mało tego – zaczęto dyskutować z tym, odnosić się do tego i budować na tym różne kosmiczne teorie. A był to tylko i wyłącznie tytuł jajcarskiego programu telewizyjnego! Wtedy Pan Igor rzuca słowa – a co Pan jest pół-bóg, nie można Pana ruszać? O żesz Ty – myślę. Zaczęło się niewinnie, czyli zwróciłem tylko uwagę na delikatny brak rzetelności informacyjnej. Opinie sobie może Pan Igor pisać każdą, jaką chce, ale, kurwa mać, klikam – i nie wyskakuje mi nic takiego, o czym mi Pan Igor pisze, tuż pod odnośnikiem do stron Orkiestry. Wiem, że takie strony istnieją, ale czy to istotnie ma jakiś sens w subiektywnej ocenie tego, co robimy dla innych? Wyszedł po prostu luźno, z zasłyszeniami i bzdurami, zapisany artykuł. A wydawałoby się, że mamy do czynienia z niemiecką solidnością… Ale to tak, jak się te niemieckie gazety mylą z obozami koncentracyjnymi, tak i tutaj mamy do czynienia z przesadą informacji i bzdurzeniem w swoim stylu. Swoją drogą – przy okazji przekartkowałem cały tygodnik, który ociekał od złych i niemalże krwawych newsów. Oczywiście taka rzeczywistość wokół nas jest, fotografia nie kłamie, może autorzy trochę dodali dramatyzmu… Ale owszem, życie nie jest łatwe. Tylko po co cały czas włączać wielką piłę tarczową i bać się, że w którymś momencie przytnie nam palce albo obetnie nogę. Generalnie odebrałem zły, strasznie popękany i lekko parszywy obraz świata, na szczęście przeceniony do dwóch złotych pięćdziesięciu groszy. Generalnie wiecie, jaki mam ogromny dystans do wszelkiego rodzaju list i rankingów, więc także i do tego. Nie byłoby więc żadnego kłopotu, gdyby po prostu nie wystąpił w tym pokazie… Jurek Owsiak
16-01-2009 9:43
We wtorek do Fundacji przyszedłem później niż zwykle, bo w niedzielę sami wiecie, co się działo, a zaraz potem, w poniedziałek, istotnie powodowany tylko finałową adrenaliną, zapomniałem o zmęczeniu i dotarłem na konferencję prasową. Bardzo zresztą miłą i ciekawą, bo przecież zawsze musi zawsze znaleźć się ktoś, kto dołoży ciutkę do pieca. Tym razem był to wicepremier Grzegorz Schetyna, czyli Minister Spraw Wewnętrznych. Naprawdę wierzę w jego dobre chęci, ale co tu dużo mówić - komunikat wydał idiotyczny, a co więcej – wszystko wskazuje na typową ministerialną procedurę jego powstawania. Występuje więc faktyczny brak wiedzy na temat komentowanej sprawy, a do tego, przekazując temat łapy do łapy, urzędnicza maszyna coś tam dodaje, coś przekręca, a na końcu wychodzą koszały opały. Otóż we wspomnianym komunikacie, krótko mówiąc, pan premier zapowiada skrupulatną kontrolę naszych wydatków, a konkretnie - dokładne prześwietlenie mechanizmu przekazywania środków finansowych polskim szpitalom. I już mamy dwa błędy. Po pierwsze - jesteśmy już od kilku lat poddawani non stop bardzo skrupulatnej kontroli MSWiA, która momentami wymyka się z granic zdrowego rozsądku. Często o tym ostatnio mówiliśmy, prosząc o interwencję chociażby Rzecznika Praw Obywatelskich. To po pierwsze. A po drugie – oczywiście nigdy, od początku naszej działalności, nikomu nie przekazywaliśmy kasy. Filozofia naszego działania oparta jest wręcz na odwrotnych poczynaniach – nie kasa trafia do szpitali, a gotowy sprzęt, po dokładnej analizie potrzeb i starannie przeprowadzonych zakupach. Komunikat, niestety, zabrzmiał groźnie, wojowniczo i natychmiast został przez rzecznika MSWiA wyłagodzony. Nie zmienia to faktu, że pan minister musi pochylić się, albo przynajmniej powinien, nad pracą swoich urzędników, gdyż działania organizacji pozarządowych zaczynają w naszym kraju odgrywać coraz większą i istotną rolę. No i właśnie – kredki dla Afryki. Mając w ten wtorek godzinę więcej siedzenia w wannie, zrobiłem to, co uwielbiam, czyli czytam, czytam, czytam… Mam swoją półę, na której ciągle zmieniam książki na te, które właśnie obczytuję. Kąpiel to jedyny moment, oprócz podróżowania, kiedy mogę spokojnie pochylić się nad lekturą. A ponieważ bardzo lubię wszelkiego rodzaju biografie, tym razem w rękach trzymam prawie jednocześnie dwie książki - fantastyczny wywiad, ostatni jakiego udzielił Marlon Brando, i książka o życiu bardzo znanej aktorki z lat 50-tych i 60-tych, Audrey Hepburn. W książce o Audrey trafiam na moment, w którym aktorka zaczyna być popularna i zostaje zaproszona na spotkanie, kolację, a zarazem zbiórkę pieniędzy na walkę z rakiem. Jest rok 1952. Później ta wspaniała aktorka staje się ambasadorem UNICEF i bardzo często wyjeżdża do Afryki. Jest taka słynna fota, gdzie aktorka trzyma w ręku małe dziecko z wielkimi otwartymi oczami. Podpis pod zdjęciem - Somalia, Audrey Hepburn odwiedza tereny objęte wielkim głodem. To dziecko zmarło kilka minut później na jej rękach. Marlon Brando bardzo konsekwentnie, z niezwykłym oddaniem, poświęcając całą swoją sławę, a także i pieniądze, walczył o prawa Indian w USA. Walczył nieprzejednanie, a kiedy dostał Oskara za Ojca Chrzestnego, po jego odbiór wysłał właśnie Indiankę. Był to człowiek, który w sposób rewelacyjny i bardzo inteligentny oddzielał szemraną, lukrowaną lub chwilową sławę od prawdziwego życia i jego problemów. Cudownie reagował na rzeczywistość, bez złudzeń i w sposób prawdziwy utrzymując dystans do własnych sukcesów. Niestety, w obu przypadkach można powiedzieć, że suma tych działań – tak Audrey, jak i Marlona – to wielka przegrana. Somalia dzisiaj to najdziksze, najbardziej zdemoralizowane i ogarnięte furią bandytyzmu miejsce na świecie. Indianie w Ameryce? Totalna klapa jeśli chodzi o jakiekolwiek logiczne, czyli związane z rozwojem ich społeczności życie. Wydawałoby się, że mimo tylu lat organizowania wielkich światowych zbiórek, czy to na walkę z chorobami, czy to na walkę z istniejącym systemem powodującym głód i dezorganizację życia, prawie nic nie drgnęło, nie ruszyło do przodu. Wielkie konwoje ciężarówek Boba Geldofa stały się tylko symbolem jednorazowego ruchu, akcji, która uświadomiła ludziom grozę sytuacji, ale w żaden, dosłownie żaden sposób, nie wyciągnęła tych społeczeństw z ich życiowej degrengolady. Siedząc w tej samej wannie wziąłem do ręki jeden z magazynów kobiecych, których u mnie dostatek. I widzę uśmiechniętą, popularną aktorkę, która prosi o wsparcie wielkiej idei kupowania pomocy szkolnej dla dzieci w Afryce. Dajesz drobny pieniądz - kredki dojadą do wioski wraz z podręcznikami, zeszytami etc. I OK! I bardzo dobrze! I też ktoś musi to pod pachą przywieźć, bo te dzieciaki tego nie mają. Jednak na końcu, za radą pewnego Kenijczyka mieszkającego od wielu, wielu lat w Polsce, mogę nieśmiało zaproponować – spowodujcie, aby na miejscu zbudować fabrykę kredek, żeby w tej fabryce pracowała społeczność lokalna, żeby ta fabryka wytwarzała zyski dla społeczności lokalnej, żeby ludzie nauczyli się dawać sobie sami radę, a w efekcie aby zaczęli odpowiadać za swoje działania. Bo przywieźć w kieszeni czy torbie w cholerę kredek i sfotografować się z tymi dzieciakami, to dla mnie tylko i wyłącznie akcja dla popularnej aktorki, a nie dla dzieciaków w dalekiej Afryce. Trzeba rozróżnić, gdzie się po prostu wystawia gębę, nie wiedząc dokładnie, co z tego wyjdzie, a gdzie istotnie nurkuje się w głębokie oceany działań charytatywnych. Nie jest to łatwe, momentami bardzo stresuje, ale jeśli ma się dobry pomysł, to warto go do upadłego realizować. Z wielką radością przyjmujemy niewiarygodne wprost wiadomości, że gdzieś tam w Polsce inkubator kupiony wiele lat temu przez Fundację pracuje po dzień dzisiejszy. Oczywiście, że nie powinien pracować, ale załoga dba, urządzenie działa i przynosi bardzo dobre efekty. I to jest konkret, który jest trwały dzięki pomysłowi i pomocy wielu, wielu ludzi. A kredka, jak to kredka – temperówka zazgrzyta po raz ostatni i znowu trzeba czekać na następny pomysł menadżera jakiejś aktorki czy aktora, który dojedzie z nowym zapasem. Polecam wszystkim te książki, a zwłaszcza biografię Audrey, która weszła w to w sposób nieprawdopodobnie mocny, poświęcając temu całe swoje życie. Jurek Owsiak
|