Mini blog Jurka Owsiaka

listopad (ilość wpisów: 5)
26-11-2009  17:40

Zabawa jest stara jak świat. Wszyscy wiemy, że nie chodzi w niej o zepsuty aparat telefoniczny, tylko o wiadomości przekazywane z ust do ust, które najczęściej na końcu nabierają kompletnie nowego znaczenia nikomu już nic nie mówiąc. Być może dlatego wymyślono telefon, aby pominąć pośredników i szybko przekazać sens wiadomości.

Fundacja jest organizatorem wielu wydarzeń, na które zawsze zapraszamy przedstawicieli mediów. Robiąc Finał chcemy, żeby wszyscy mogli się o tym dowiedzieć. Rozliczając się z kasy – tym bardziej chcemy, żeby wieść rozniosła się jak najdalej. Przygotowujemy Przystanek Woodstock, koncert, tę czy inną akcję – bach! - ślemy wiadomości do mediów w całej Polsce.

A lokalnie? Nasza ekipa szkoli nauczycieli, którzy z kolei uczą najmłodsze dzieci udzielania pierwszej pomocy. A to wszystko w ramach programu Ratujemy i Uczymy Ratować. My w Fundacji - myk, myk, wysyłamy na ten temat wiadomości do mediów lokalnych, bo to przecież wydarzenia dziejące się u nich. Są bliskie i namacalne.

Najprzyjemniej jest, kiedy zawiadamiamy dziennikarzy, że zakupiony przez nas sprzęt medyczny dotrze do miasta, w którym działają. Zainteresowanych nigdy nie brakuje. I muszę Wam powiedzieć, że właśnie ten lokalny charakter działań medialnych (lokalna prasa, radia, telewizje) wypada doskonale, że czujemy więź z tymi redakcjami i bardzo doceniamy ich zainteresowanie.

Nie inaczej było kilka dni temu, kiedy zaprosiliśmy dziennikarzy na specjalny pokaz zorganizowany z okazji wydania kolejnej płyty DVD „Koncert Jubileuszowy Woodstock 1969-2009”. Ten projekt zrealizowany w czasie XV Przystanku Woodstock był bardzo ważnym elementem Festiwalu, bo upamiętniał czterdziestą rocznicę Woodstock ’69 w USA. To wspaniałe rockowe widowisko z udziałem czołówki polskich gwiazd wraz z półmilionową publicznością oglądał nasz gość specjalny – Michael Lang.

Naszym zdaniem, a także w opinii woodstockowej publiczności, było to bardzo ważne wydarzenie muzyczne. Dlatego też w rekordowym tempie trzech miesięcy wyprodukowaliśmy naszą 29-tą płytę DVD, która jest zapisem tego koncertu. Od dziś „Koncert Jubileuszowy 1969-2009” dostępny jest także na płytach CD. Jak widać ciągle mamy wystarczającą ilość determinacji, aby na dość cherlawym polskim rynku wydawniczym konsekwentnie dzielić się naszymi produkcjami.

Postanowiliśmy pokazem w Multikinie w Warszawie w sposób wyjątkowy (technicznie trzeba się specjalnie do tego przygotować) przedstawić fragment tego, jakby nie było, domowego kina. Największy ekran, 350-osobowa widownia, bardzo komfortowe i miłe warunki, aby wsłuchać się w dźwięki i podziwiać obrazy z XV Przystanku Woodstock.

I poszły w ruch zaproszenia na ten pokaz. Oprócz publiczności radiowej, fundacyjnej, zaprosiliśmy też kilkudziesięciu dziennikarzy. W przeważającej mierze tych, którzy na co dzień piszą, mówią, lub pokazują wydarzenia kulturalne, ale także tych, którzy tylko i wyłącznie zajmują się muzyką. Zaproszenia wysłane – to małe miki. Liczymy na potwierdzenie obecności. Dzwonimy więc i pytamy, czy obywatel/obywatelka będzie na pokazie. Chcemy zarezerwować miejsce. Poza tym ciekawi nas opinia ludzi, którzy z racji zawodu mają większe doświadczenie niż „przeciętny zjadacz” rock’n’rolla. I tu już pierwsza mina – nasi ulubieńcy z pisma Tylko Rock raczej na pokazie nie będą. Może dojadą na koncert. Dziennikarz, którego często przypominam w kontekście różnych informacji, Robert Sankowski z Gazety Wyborczej, człowiek piszący tylko o muzyce i człowiek, który do tej pory nigdy nie skomentował w żaden sposób wydarzeń na Przystanku (chociaż rozumiem tę sytuację, bo nigdy na ten festiwal nie przybył) też oświadcza, że na pokazie nie będzie. Kolejni dziennikarze informują – nie przyjeżdżamy, lub potwierdzają – i są z nami. Ostatecznie jest ich kilkunastu. Wśród nich zdecydowaną większość stanowią ci, którzy przekazują tzw. newsy, a nie pochylają się nad recenzjami. No i tyle. Tak właściwie można by opisaną sytuację podsumować. Ale zmierzam do czegoś innego. Do totalnej nierzetelności, nie mówiąc już o braku profesjonalizmu ze strony dziennikarzy.

Jeżeli dziennikarz/dziennikarka zajmująca się wydarzeniami muzycznymi nie ma czasu na takie właśnie wydarzenia, to jest to przeogromna kicha i po prostu obciach dla zawodu. Wydarzeń muzycznych w Polsce mamy bardzo dużo i pisma poświęcone tej tematyce powinny z obowiązku na nich bywać (na Przystanku Woodstock na przykład z Teraz Rocka w tym roku nikt się nie akredytował!), bacznie się im przyglądać, pozostawiając sobie największy przywilej, jaki posiadają media w demokratycznym państwie, czyli wolność słowa.

Ośmielam się stawiać dziennikarzom takie wymagania tylko i wyłącznie ze względu na skalę Przystanku Woodstock i jego niezwykle ważne kulturowe znaczenie. Dziennikarzu, dziennikarko - nie musi Ci się tam podobać! Ale przyjedź i zobacz. Wszystkie komercyjne telewizje muzyczne już nie tylko przy festiwalu, ale i przy zaproszeniu na pokaz filmowy pierdzą idiotyzmami - że to nie ich format, to nie ich target, nie ich biznes. Duże gazety typu Gazeta Wyborcza mogą o tym napisać, jeżeli będą partnerem, sponsorem, współsponsorem, ćwierćsponsorem, organizatorem, półorganizatorem, ćwiećorganizatorem. Wszystko musi być w barterze albo za kasę. A że tak jest, sprawdziliśmy rachunkiem za napisanie artykułów przed festiwalem kilka lat temu.

A nam po dzień dzisiejszy wydaje się, że edukacyjna siła chociażby Akademii Sztuk Przepięknych nie wymaga żadnych pieprzonych gier wstępnych na tematy biznesowe. Na szczęście właśnie ta ogromna ilość publiczności jest dla nas dowodem, że nasze działania są rzetelne i mają sens. A że wytaczam to słodkie pierdzenie w stronę dziennikarzy, wynika już tylko i wyłącznie z tego, że sam zawód ten uprawiam na dużą skalę i staram się w naszej robocie nie pomijać sytuacji, w których tworzone przez nas media mogą pomóc lub zauważyć istotę działań innych ludzi.

Ponownie więc zapraszam dziennikarzy branży muzycznej na kolejny koncert, który odbędzie się 2 grudnia w Hali Torwaru. Kłaniam się bardzo nisko tym, którzy znajdują czas, energię i ochotę, aby nie tyle kibicować, ale wsłuchiwać się w to, co Fundacja robi na co dzień.

P.S.

Pamiętam, jak kilka lat temu dostałem paszport Polityki za, mówiąc najprościej, szerzenie
dobrego imienia Polski poza granicami kraju. I pamiętam wtedy słowa Mirka Pęczaka, dziennikarza tej gazety, który mówił jak ważne dla niego są tego rodzaju działania.

Pamiętam też jak rok temu zaprosiliśmy go na Przystanek Woodstock i jak bardzo ten przystanek przeżył ku naszej ogromnej radości.

I nigdy już więcej, Drogi Mirku, nie poświęciłeś nawet chwili uwagi, nie miałeś jednego pomysłu, aby pochylić się nad działaniami promocyjnymi tego Festiwalu. A to ci młodzi ludzie, często nieznośni i niezrozumiani, a przez Ciebie w sposób socjologiczno-naukowy rozszyfrowywani i diagnozowani, podejmują się rzeczy niezwykłych, mądrych, wynikających z ich potrzeb duchowych. I to wzbogaca nie tylko sam Woodstock, ale także buduje przyszłość tych ludzi. Moim zdaniem – ciekawą i w porządku. A to trzeba przynajmniej zauważyć i podać dalej.

Jurek Owsiak

26-11-2009  10:59

 

Zapraszam do wywiadu, jaki przeprowadziły ze mną dwie niezwykłe dziewczyny z miasta Łodzi, które uczestniczą w wielkim, bardzo ambitnym projekcie realizowanym przez EC1 Fundację Łódzką (o samej Fundacji możecie poczytać sobie na ich stronach internetowych).

 

Generalnie chodzi o zmianę Łodzi - architektoniczną, mentalną, kulturalną i biznesową. Chodzi o to, aby Łódź ożywić i spowodować, aby mówiono o niej nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Moim zdaniem szanse są realne i ogromne, bo już widać jak w miasto tętni nowym życiem, nieobarczonym żadnymi trele-morele na temat tak zwanego „wspaniałego rozwoju”. Świadczą o tym rzeczywiste zdarzenia jak chociażby Festiwal Camerimage, który na dzień dzisiejszy ściąga największe postaci filmu z całego świata i który już teraz powinien mieć rangę wielkiego międzynarodowego Festiwalu. Nie mówię, że jej nie ma, ale dla bardzo wielu Polaków „Oscary” to chleb powszedni, a ten Festiwal nie jawi się takimi fajerwerkami, na jakie zasługuje.

 

Dla mnie Łódź już wiele lat temu, kiedy intensywnie podróżowałem autostopem, a były to lata 70 XX wieku, była miastem, które witało nas na przedmieściach chałupkami „Marysi Konopnickiej” później zakładami, do których nazwa Łódź Fabryczna pasowała jak ulał i wspaniałym centrum. Zaniedbanym, ale dla mnie pasjonującym, będącym wspomnieniem najpiękniejszych lat industrialnej Łodzi. Mało tego, miałem kumpla, który mieszkał na ulicy naszego pierwszego rewolucjonisty Tadeusza Kościuszki. W kamienicy, która przed wojną należała do dziadka i babci, a w tamtych czasach tylko ostatnie piętro zamieszkiwała dość liczna rodzina kumpla. Pokoje, korytarze i przeróżne wejścia - oficjalne i kuchenne - były tak obszerne, że w jednym z pokoi, gdzie suszyła się bielizna całej familii, graliśmy w piłkę nożną. Pamiętam ślady przepięknych ozdób, klatkowych witraży, polichromii na ścianach i ślady po mosiężnych rurkach, które przytrzymywały dywan rozciągnięty na schodach kamienicy. Sam byłem wtedy mieszkańcem warszawskich bloków, które nich*ja nie kojarzyły się niczym, co mogło być przyjazne człowiekowi.

 

I tamta Łódź, która w rozmowie z niemal każdym wywoływała grymas niechęci, mnie zapachniała urokliwie i raz na zawsze bardzo ciepło. Portem ze zgrozą widziałem upadającą i niszczejącą Łódzką Wytwórnię Filmów Fabularnych, gdzie kiedyś, na początku lat ‘90 byłem z wizytą w jakimś programie telewizyjnym. Autorzy programu wynajmowali pomieszczenia w wytwórni, którą ja wtedy zobaczyłem mocno zaniedbaną, a przecież za moich czasów każdy film fabularny był na końcu opatrzony marką ŁWFF.

 

I tu nagle taki pomysły na nową Łódź. I superekipa młodych dziewczyn pełnych wigoru i energii. Dlatego przeczytajcie ten wywiad, bo generalnie jest o wspólnym nakręcaniu się na rzeczy dobre, a ja z całego serca życzę realizacji tego przedsięwzięcia.

 

 

WYWIAD Z JURKIEM, który ukazał się  w EC1 Dzienniku Kolejowym

Udało Ci się zbudować niezwykłą, niesamowicie rozpoznawalną markę opartą na społecznej misji. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to zjawisko w Polsce bez precedensu. My w Łodzi staramy się zbudować społeczny ruch wokół budowy Nowego Centrum Łodzi, wielkiego projektu zupełnie zmieniającego miasto. Chcielibyśmy skorzystać z Twojego doświadczenia i poprosić o kilka rad, jak rozkręcić Łódź na maksa. Od czego byś zaczął?

 

Doświadczenie uczy, że gdy świat o nas mówi, to łatwiej zwrócić się do krajanów. A więc jeżeli świat powie, że jesteśmy w czymś „the best”, to wtedy także mieszkańcy z okolic mówią: „O! Warto się temu przyjrzeć”. Łódź jest sama z siebie świetnie usytuowana, jest miastem ze środka, i jest miastem, które się niesamowicie zmienia i ma ku temu podstawy. Nikt nie chce zostawiać w Łodzi tego co jest brzydkie, a jak pamiętam, takie miejsca wciąż są. Jeżeli mieszkańcy przyjmą, że pojęcie „Łódź fabryczna”, które jak podejrzewam skończyło się razem ze zmierzchem wielkich zakładów, można zamienić na Łódź nowoczesną, tętniącą życiem, to jest szansa na sukces. Ale trzeba ten pomysł promować na świecie, takie jest moje doświadczenie. Trzeba także pokazywać Łódź w miejscach gdzie ludzie są chłonni tego, żeby poznawać takie nowe idee. Zapraszam na Przystanek Woodstock gdzie pokazujemy takie miejsca, jak np. Muzeum im. Czartoryskich. Uczymy ludzi jak oglądać muzeum, jak tworzyć muzeum, jak się czuć w muzeum. Nowoczesne muzea, takie jak Muzeum Powstania Warszawskiego, pokazały, że warto zrobić to zupełnie inaczej, niezgodnie z pewnymi klasycznymi normami. Okazało się, że i bardzo młodzi ludzie, i bardzo dorośli ludzie przyjmują to muzeum jako coś niezwykłego. To miejsce, które gwarantuje duże przeżycie. Łódź potrzebuje bardzo dobrego, odważnego marketingu, który przyciągnie ludzi, którzy będą mieli tam co robić. Bo oprócz tego, że przyjeżdżają turyści oglądać rzeczy, które mają w katalogach, które znają, bo są wykreowane na świecie, ludzie też przyjeżdżają, bo jest dobra atmosfera, bo są dobre restauracje, bo jest dużo miejsc, gdzie można usiąść. Taka jest ulica Piotrkowska, która, jak pamiętam z moich wypraw do Łodzi, żyła do późna w nocy. Trzeba to podtrzymywać i rozwijać. Wszelkiego rodzaju burze mózgów i odważne pomysły zawsze wykreują ludzi i sytuacje. Oczywiście są potrzebne pieniądze i decyzje, już nie tyle na szczeblu lokalnych władz, ale na szczeblu całego kraju. Trzeba przekonać cały kraj, że warto, aby w Łodzi miejsca, które są związane z historią, ożyły. Ożyły nie tylko filmowo, tak jak za sprawą filmu „Ziemia obiecana”, ale żeby ożyły czymś bardzo nowoczesnym. Dobrym przykładem są lofty, czyli mieszkania pofabryczne, które są niezwykle popularne w każdej części Europy, tam gdzie w centrum czy blisko miasta były wielkie zakłady. To jest oddanie ludziom inicjatywy i ludzie to super wykorzystują. Biznes polega na tym, że odradza się i pada, więc jeżeli pozwolimy ludziom otwierać i zamykać wszelkiego rodzaju miejsca, w których będą zapraszać na herbatę, kawę, piwo czy na pogawędkę, to warto dać im absolutną otwartą rękę. Trzeba mówić ludziom „przyjedź do nas i zrób w Łodzi biznes kulturalny” i pod tym hasłem kryć się będą wszelkiego rodzaju dwuznaczniki, oznaczać będzie ono biznes, który jest związany z kulturą, ale też taki, który jest miły i przyjemny. Jeżeli chce przyjechać teatr i będzie miał świadomość, że miasto mu pomoże udostępniając lokale, albo chociażby znajdując osoby, które lokal wyremontują, albo poprzez mniejsze podatki, to naprawdę możliwe jest ściągnięcie do miasta ludzi twórczych. Mówiąc abstrakcyjnie, gdyby pisarze za każdą wydaną książkę dostawali obniżenie wszystkich czynszów za mieszkanie, może by tam chcieli jechać. Artyści szukają dużych pracowni, szukają miejsca, żeby tworzyć, ale często są opętani przez zwykłe formalności typu podatki. Być może warto ściągnąć samych ludzi, zanim się będzie budowało mury, bo ludzie to miasto otworzą, ludzie się z tym miastem ożenią, ludzie tam będą chcieli być. Myślę, że musicie stworzyć obraz miasta przyjaznego, zapraszającego do siebie, bezproblemowego. Tego wam życzę, otwartości i odwagi.

 

Jeśli chodzi o Nowe Centrum Łodzi, my zaczęliśmy od projektu biblioteki, by w ten sposób roznieść po świecie ideę Łodzi i zbudować unikalną bibliotekę książek, które zdecydowały o drogach życiowych ludzi zaproszonych do projektu. Z projektem biblioteki wiążą się jeansy EC1 - dziękujemy nimi za 5 książek dla 5inLodz, ubieramy też w nie ambasadorów Łodzi. Co tym myślisz?

 

O tych spodniach w ogóle nic nie wiedziałem. Gdybym wiedział wcześniej, to bym wam przysłał 10 książek, żeby dostać dwie pary. Dobrze, że trzymacie to na sam koniec, a najpierw musi być inicjatywa, żeby te książki wysłać. To jest bardzo trudne, bo to są naprawdę książki od serca. Ja mam bardzo dużo książek, dużo czytam. Postanowiłem wysłać książki, które nie są ostatnimi książkami, które przeczytałem, ale te, które miały bardzo poważny wpływ na to co robię dzisiaj. Kiedyś książek się nie kupowało, je się zdobywało. Stało w kolejkach, znajdowało się je na jakichś targach, bazarach. Teraz te książki mogę kupić nawet w internecie z dowiezieniem do domu. Wasz pomysł jest super, tym bardziej, że te książki niosą w sobie cały ładunek czasu: okładka jest gdzieś naderwana, są ślady czytania, zaginania, pożółkłe kartki. I nagle z waszej opowieści słyszę, że nabiorą one wartości eksponatu. Eksponat ma wtedy wartość, kiedy jest ładnie oprawiony. Tak jest na przykład z pudełkiem od tych spodni, które jest bardzo piękne, designerskie i dzięki temu jego zawartość nabiera ogromnej wartości. Razem tworzy to jakąś zamkniętą całość, coś się tam dzieje. Książka wydrukowana mówi tylko o pisarzu, ale czytana już mówi o człowieku, o jakiejś jego dłuższej, krótszej, ale konkretnej historii. Pomysł jest fajny, ponieważ wielokrotnie mnie pytano, czy mógłbym podać jakiś kanon lektur dla młodzieży. Odpowiadałem, że nigdy w życiu, bo przecież by mnie zabili, gdybym im kazał czytać książki, które ja lubię. Kazałbym im czytać Vonneguta, który jest dla mnie najśmieszniejszym pisarzem świata, czy Hellera, Hrabala, też bardzo śmiesznych. Ale wtedy ci autorzy zmieniliby się w coś obowiązkowego, przeklętego, znienawidzonego. Lepiej, gdy te książki się będzie oglądać jak wystawę. Podejrzewam, że niektóre z tych tytułów już wyszły z mody, np. książka Rolland’a „Colas Breugnon” Za moich czasów była to obowiązkowa lektura w moim towarzystwie. Teraz być może nie jest już tak popularna, ale może kogoś natchnie, żeby ją przeczytać. Gdy przeglądałem, przekartkowywałem tą książkę, zastanawiałem się, czy gdybym dzisiaj do niej wrócił, to by mi się nadal podobała. Kiedy ją czytałem, mając kilkanaście lat, zostawiła we mnie jakiś tam ślad, który odnajduję po dzień dzisiejszy. Dlatego ważne jest, żeby ludzie czytali książki, żeby w ogóle czytali, żeby uzbierali te 5 książek, które po prostu przeczytają. Niestety polskie społeczeństwo w tych sprawach moim zdaniem się cofa. Gazeta, czytana nieuważnie, to jest cała lektura. Książki nie są chętnie czytane, zalegają na półkach w sklepach. Oczywiście są dobre i złe, i tak zawsze musi być. Oby książki w waszej bibliotece, nawet schowane pod szkłem, otworzyły tą drogę i zwróciły ludziom uwagę, że warto czytać.

 

Do kogo posłałbyś nas po zestawy 5 książek?

 

Do swoich znajomych, przyjaciół. Polecam bardzo mojego przyjaciela Michała Lorenca, który tworzy muzykę filmową i jest człowiekiem niezwykle rozczochranym wewnętrznie różnymi dysputami o życiu. Dużo też czyta i sam jestem ciekaw, co on by zaproponował. Posłałbym was do jednego z najpiękniej piszących poetów polskich, czyli do Wojtka Waglewskiego. Rzadko szufladkujemy faceta, który pisze muzykę i śpiewa do swoich słów, jako poetę. A wystarczy wziąć Wojtka Waglewskiego czy Adama Nowaka z Raz Dwa Trzy, który na szczęście wydał swój tomik wierszy. Dzięki temu dopiero widać, że jest to prawdziwy poeta, który do swoich wierszy zrobił jeszcze przepiękną muzykę. Uwielbiam ten jego tomik poezji, ja do niego sobie po prostu nucę. Nie mam talentu do śpiewania, ale nucić każdy może, więc sobie nucę i na pewno was bym do tego gościa posłał. Posłałbym was też do Michaela Langa, faceta, który stworzył Woodstock w 1969 roku. On sam pisze książki i był naszym gościem na tegorocznym Przystanku Woodstock. 40 lat po tym pierwszym festiwalu zrobiliśmy specjalny, uroczysty koncert. Bardzo jestem ciekaw, co facet mógł czytać z literatury amerykańskiej, do której my mieliśmy dostęp bardzo ograniczony. Nie mówię o autorach takich jak Steinbeck czy Hemingway, ale np. Jack Kerouac. Jego powieść „W drodze”, podstawowa książka dla ludzi, którzy się obracali w kręgu hipissowskim, do nas przyszła bardzo późno. Jeżeli była wcześniej to na pewno w bardzo małym nakładzie. Ja tą książkę, która była manifestem beatników, ludzi, którzy kreowali w latach 50, 60 zupełnie nową  kulturę, przeczytałem jako dorosły człowiek. Co czytał Michael Lang? Czy czytał „Piotrusia Pana”, czy też Vonneguta, czy wręcz przeciwnie, może czytał Tołstoja? Na pewno bym posłał was w tę stronę, ale chętnie sam będę ludziom składał  „propozycję 5 książek”, na przykład naszym przyjaciołom z Akademii Sztuk Przepięknych na Przystanku Woodstock. To bardzo ciekawe, co by wybrali: Stasio Tym, Leszek Możdżer, Janusz Kochanowski - rzecznik praw obywatelskich, czy Tadeusz Mazowiecki? Wiem, że macie już 5 książek od Lecha Wałęsy. Ale co by wybrała Kazia Szczuka, Monika Olejnik, Tomek Lis, czy muzycy np. Kasia Nosowska z Heya. Jeżeli będę blisko tych ludzi, jeżeli powiedzą, że jeszcze do nich nie trafiliście, to bardzo chętnie im o tym projekcie opowiem. Ostatnio spotkałem Nigela Kennedy’ego, zapraszałem go na Przystanek Woodstock, zaproszenie przyjął. I w tym momencie bym wyjął z kieszeni angielską wersję waszej ulotki i powiedziałbym: to jest taka prośba, skontaktuj się z EC1 Łódź i wybierz swoje 5 książek.

 

A jeansy EC1? Będziesz je nosił? Chcemy zbudować wokół nich subkulturę, bo ten, kto zakłada jeansy EC1 - spodnie robocze – bierze się do roboty... Bo to legenda wolności i legenda włókienniczej, bawełnianej Łodzi w jednym....

 

Pewnie, że będę nosił, bo ja jestem nosicielem ciuchów. Jeżeli mi się podobają, to je noszę aż do zdarcia. Nie jestem facetem, który reaguje na najnowszą modę - fashionerem, który, gdy coś jest modne, to od razu to ma. Jak się do czegoś przyzwyczaję, to noszę to bardzo długo, na przykład spodnie bojówki. A te jeansy kojarzę z bardzo dawnymi czasami i oryginalnymi jeansami, które się kupowało wtedy w banku PKO, z czego się niektórzy ludzi śmiali. Kosztowały zazwyczaj 7 dolarów. Dzisiaj kupuje się już przetarte spodnie, ale wtedy trzeba było się tego przetarcia dopracować. Pierwsze 3 miesiące były dla nas bardzo bolesne, bo nosiliśmy spodnie, które były nijakie. Trzeba było udowodnić, że materiał się na pewno przeciera i że to jest kupione za dolary. Później się je prało, a jeszcze później się okazywało, że można w nich chodzić długo i że są to najbardziej klasyczne jeansy, jakie można dostać. Jeansy przeszły niesamowitą metamorfozę m.in. w modę paskudną, czyli tak zwane jeansy tureckie, w modę nijaką, czyli jeansy polskie - szariki, które tylko udawały prawdziwe jeansy. Ale wyszły z oryginalnych jeansów, czyli dzieła naszego przyjaciela Bernarda Lichtensteina, który wymyślił spodnie Wranglera, absolutnie klasyczny krój. Mało tego, wymyślił spodnie specjalnie dla tych kolesi, który uganiają się z lassem i skaczą na bykach. Potem przyszła moda na jeansy rozszerzane, potem przyszła moda na rury, potem przyszła moda na różne aplikacje, ozdóbki, których nie cierpię, są według mnie obciachem. Tak samo jeansy z wykreowanymi porwaniami, które uwielbiają niektórzy muzycy. Do tego trzeba dodać złoty łańcuch i sygnet i wtedy jest to pewna całość, ale to jest profanacja jeansów. A ja przypominam wszystkim, że jeansy wynalezione zostały bardzo dawno, bo już chyba Levi Strauss wynalazł je jako spodnie absolutnie robocze. Ale w latach 50 James Dean pokazał jeansy jako zwykły ciuch. On co prawda grał chłopaka jakby ze wsi, ale nosząc jeansy, wprowadził je na salony. Lata 50 były wstępem, a już kilkadziesiąt lat wcześniej jeansy funkcjonowały jako stroje dla robotników, dla więźniów. To była po naszemu tzw. kufajka. Dopiero później pan Lichtenstein dotknął klasyki, już nie kombinował. A jeszcze później, pojawiły się jeansy takie, jakie kto chce, co jest naturalną rolą mody. Będę nosił jeansy EC1 chociażby po to, żeby sprawdzić czy ich jakość dorównuje jakości klasycznych spodni i największych przedsiębiorstw, czy jest to tylko podróba, czy jest to idea godna EC1 Łódź. Czyli po prostu: czy nosi się na dupie świetnie i długo.

 

 

18-11-2009  11:26

 

Trudno stwierdzić, czy informacje dotyczące pojedynczych przypadków śmierci związanych z grypą AH1N1, to już powód, by bić na alarm, czy po prostu są to zdarzenia, które na co dzień mają miejsce, tylko wcześniej nie były medialną sensacją.

A kiedy dookoła ogłasza się stan podwyższonego ryzyka - czyli więcej niż zwykle ludzi choruje na grypę – to czy i kiedy możemy to nazwać epidemią? Epidemia to specjalna sytuacja, która wymaga specjalnych środków. Bardzo trudno jest wtedy oddzielić panikę od rzetelnych i spokojnych informacji. Ja osobiście odbieram wszelkiego rodzaju szum medialny jak wielki zamęt wokół grypy. Trudno mi więc jednoznacznie powiedzieć, co na ten temat myślę.

 

Jedno, co zapamiętałem z całego natłoku bieżących informacji na ten temat, to słowa pani Minister Zdrowia Ewy Kopacz, że jest przystawiana do muru w sprawie zakupu szczepionki, a wielkie koncerny farmaceutyczne nie dają jej gwarancji na jej skuteczność i nieszkodliwość, przerzucając ewentualne niepożądane skutki jej zastosowania na stronę rządową. Powiem Wam krótko – nóż mi się w kieszeni otwiera, ponieważ stwierdzenie to wydaje mi się niezwykle kuriozalne, żeby nie powiedzieć - z pogranicza fantazji.

Oczywiście to nie ja rozmawiam z tymi firmami i być może takie pirackie – bo trzeba to nazwać jednoznacznie – zasady panują. W ogóle cały przemysł medyczny to ogromny, przeogromny biznes, potrafiący skutecznie lobbować, być może umiejący wywoływać panikę, być może grający nieczysto, a na końcu osiągający ogromne wpływy ze skutecznego leczenia (tak jak w reklamach) naszych bolących mięśni, głowy, gardła, chorób wieku dojrzałego czy starczych przywar. Koncerny potrafią zarobić ogromne pieniądze wymyślając nowe, jeszcze lepsze „zaciskałki” przeciwko bólom i stresom, czy produkując skomplikowane i złożone lekarstwa dla ratowania życia ludzkiego. Mogą wreszcie za te zarobione pieniądze wymyślać coraz to nowe cuda związane z leczeniem, promocją czy wszelkimi formami robienia biznesu.

 

I uwaga, szanowna publiczności! Dlaczego zabieram głos w tej sprawie? Ponieważ w miniony poniedziałek, zakończyliśmy 30-ty konkurs ofert na zakup sprzętu medycznego z pieniędzy XVII Finału. Można się śmiało pochwalić, że w ciągu minionych 18 lat działalności sprzęt o wartości blisko 400 mln dolarów kupiliśmy za tyle, ile przez te 17 lat uzbieraliśmy, czyli za około 110 mln dolarów.

Uczyliśmy sie tego przez kilka lat. Na początku nasze zakupy, zwane wtedy przetargami, organizowały firmy zewnętrzne. Rezultaty dały nam dużo do myślenia. Przede wszystkim zrezygnowaliśmy z zakupów w oparciu o przepisy dotyczące zamówień publicznych, ponieważ ślepy zobaczy, że są one nielogiczne, pokręcone i na końcu szalenie korupcjogenne. Że tak jest, daleko szukać nie trzeba. Zmorą wszystkich przetargów w tym systemie – patrz chociażby przetargi w sprawie autostrad – są ciągłe protesty, oraz szukanie i znajdowanie dziury w całym. Jednak przede wszystkim brak ich skuteczności wynika z tego, że z wielu czynników składających się na wartość oferty, to cena jest tą najważniejszą. Powoduje to, że kupujemy często, mówiąc najprościej, coś taniego i słabej jakości. Może to być rzecz, może być usługa, a może to także być wartość intelektualna lub kulturalna.

Dlatego, jako Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, stworzyliśmy swój regulamin prowadzenia zakupów. Daje on możliwość pracy ekspertom i przygotowania przez nich faktycznej oceny zawartości oferty. I tak, moi drodzy, kiedy kupujemy sprzęt medyczny i w pierwszym publicznym czytaniu słyszymy szczegóły oferowanego urządzenia, w pierwszej kolejności skupiamy się nie na obniżaniu ceny, ale na faktycznej ocenie technicznej i jakościowej oferty.

Oczywiście, bardzo często wysoka cena równa się wysokiej jakości. Ale wysoka jakość także ma numer 1, numer 2, czy numer 3. Kiedy potrzebny jest nam mercedes, to skupiamy się na mercedesie. Ale kiedy funkcje o dwie klasy niższego modelu samochodu także zaspokajają nasze potrzeby, pochylamy się nad innymi ofertami.

Po dokonaniu takiej jakościowej oceny trzykrotnie, powtarzam – trzykrotnie spotykamy się z każdą firmą, aby rozwiać wszelkie wątpliwości, aby targować się do upadłego i uzyskać jak najwięcej dla przyszłych odbiorców, czyli polskich szpitali. Co to oznacza? Na przykład to, że ze standardowej, 2-letniej gwarancji walczymy o 3, lub 4-letnią. Żądamy zagwarantowania, że serwis oferowany w umowie będzie obejmował wieloletnie naprawy pogwarancyjne, wiedząc, że sprzęt w polskich szpitalach jest szanowany i pracuje często dużo dłużej niż przewidują to fabryczne normy. Walczymy też o każdą ilość tzw. materiałów zużywalnych, czyli tych, które są jednorazowego użytku bądź wymagają regularnej wymiany. Jeżeli szpital dostanie ich kilkadziesiąt, kilkaset lub kilka tysięcy, ma spokój na dłuższy czas. I nie walczymy o te „dodatki” podnosząc cenę urządzenia. To mają być rabaty! Kolejny przykład - wszelkiego rodzaju oprogramowanie ma być obowiązkowo wymieniane tak długo, jak w tego typu urządzeniu będzie ono aktualizowane przez producenta. Lekarze i personel medyczny mają być przeszkoleni w specjalistycznych placówkach, na profesjonalnych spotkaniach, z maksymalnym komfortem szkoleń i praktycznym dostępem do urządzenia.
I wszędzie po trzykroć, po stokroć, po tysiąckroć używamy słowa „gwarancja”, „gwarantowany”, a najlepiej żeby wszystko było z gwarancją do końca świata i jeden dzień dłużej. Bo jeśli wyskoczy lipa, to oczywiście mamy wszystko na papierze, a nasza determinacja będzie ogromna w egzekwowaniu zobowiązań producenta związanych ze sprzedanym nam sprzętem medycznym.

 

Zdarzało się w przeszłości, że nie kupowaliśmy sprzętu u renomowanych producentów, ponieważ ocena działalności serwisu była bardzo niska. Często nie było to związane z wadami fabrycznymi urządzeń, ale z opieszałością ludzi, niedbałością i totalnym olewaniem użytkowników sprzętu. A my wymagamy, aby na czas przyjechać do szpitala, na czas naprawić lub natychmiast wymienić wadliwe urządzenie na zastępcze, które może pracować i leczyć chorych.

To wszystko wydaje się tak proste, tak jasne! Mało tego – to wszystko jest tak jasno i prosto pojmowane przez przedstawicieli światowych koncernów, z którymi handlujemy, że wydaje się wręcz nieprawdopodobnym, aby mógł strzelić im do głowy pomysł o przerzucaniu odpowiedzialności (jak w wypadku szczepionki) na użytkownika, nawet jeśli widzimy różnicę między lekarstwem, a sprzętem medycznym. Zasada jest ciągle taka sama.

Kiedy o 12.00 w nocy z poniedziałku na wtorek zakończyliśmy nasz konkurs ofert, dokonaliśmy zakupu ogromnej ilości sprzętu z najwyższej półki. 78 aparatów USG klasy wysokiej i klasy Premium (czyli tej kosmicznej), urządzenia rentgenologiczne czy kardiomonitory, to nie tylko sprzęt ogromnej wartości, to przede wszystkim piekielnie trudne negocjacje! Do konkursu zgłosiło się bardzo dużo firm, a większość proponowała doskonałe urządzenia spełniające wszystkie nasze wymogi.

Konkurs ofert oznacza także ogromną odpowiedzialność nas, Fundacji, w której imieniu 4-osobowa ekipa Zarządu podejmuje ostateczną decyzję po zapoznaniu się z oceną ekspertów. Eksperci to specjaliści o różnym stopniu – lekarze, docenci, profesorowie – którzy mają jedną wspólną cechę. Każdy z nich nie tylko w teorii, ale w praktyce używa tego rodzaju sprzętu. Dlatego w trakcie negocjacji z nimi nie ma bicia piany, sprzedawania kitu i reklamowych fajerwerków. Tu odpowiada się na pytania bardzo fachowe i szczegółowe - o właściwości głowic, ekranów, software’u, ale także o jakość kółek, odporność na wstrząsy czy możliwość podłączenia innych urządzeń. Tu liczy się praktyka, co jest kolejną gwarancją dla nas, że eksperci wiedzą, o czym mówią, o co pytają i ich końcowa ocena jest dla nas wiarygodna.

Dyskutujemy i to często bardzo długo, aby mieć stuprocentowe przekonanie o słuszności wyboru. Przez te wszystkie lata blisko 200 ekspertów z różnych dziedzin medycyny nigdy nas nie zawiodło, a czas pokazał, że sprzęt, który kupowaliśmy, doskonale sprawował się na oddziałach szpitalnych.

Zawsze po zakupach towarzyszy i towarzyszyło nam poczucie ogromnej satysfakcji. Powiem szczerze – chcemy o tym mówić! Jak zawsze, tak i teraz pragnęliśmy fajerwerków wokół tych zakupów i z otwartymi rękoma przyjmowaliśmy każdego dziennikarza. W poniedziałek na przetargu pojawiło się ich dosłownie trzech! Ale, jak pokazało doświadczenie, i tak nie przebiliśmy newsa, którego zobaczyłem we wtorek rano w stacjach telewizyjnych, tuż po grypie. Otóż Kordek (aktor) chce unieważnić swój ślub kościelny. No taki z dupy strzał o kompletnej pierdole, bo dla mnie ambarasem dużym jest grypa i o moich rozterkach pisałem na początku. Ale ślub aktora???

 

Zakończę słowami skierowanymi do pani Minister Zdrowia. Szanowna Pani, niech Pani kopnie nam tę kasę na szczepionkę. My ją kupimy. Nawet jeśli nie będzie do końca skuteczna, przed czym Pani nas przestrzega, to przynajmniej dokonamy zakupu z gwarancją i po taniości. I niech mi pani wierzy – jeśli gwarancji nie będzie, towaru nie tkniemy, ale za to nam ludzie uwierzą, że taka afera, o której pani mówi, rzeczywiście ma miejsce.

 

Mimo wszystko fajerwerki mamy w naszych duszach i sercach, bo po raz kolejny wszyscy razem wykonaliśmy doskonałą robotę. Co ważne, zrobiliśmy to my, Polacy, w nocy z poniedziałku na wtorek. Wygrani, czyli ci, od których kupujemy sprzęt, wyszli z konkursu zadowoleni, i to jeszcze jak! A ci, od których nie kupiliśmy nic, bez złości, bo z przekonaniem, że brali udział w bardzo czystych, jasnych i transparentnych negocjacjach powiedzieli nam „do zobaczenia”.

Niemożliwe? Przypominam, ciągle mówimy o poniedziałku w Polsce.

 

Jurek Owsiak


 

10-11-2009  13:37

 

 

Tak! Krew mnie zalała z zazdrości, potwornej zazdrości, kiedy widziałem, co się działo w Berlinie z okazji 20-lecia zburzenia muru (i, jak to określano, „upadku komunizmu”, „upadku systemu”). Zazdrościłem i z drugiej strony podziwiałem, jakimi wspaniałościami dzielą się organizatorzy tych uroczystości z całym światem. Zazdrościłem im fantastycznych gości, muzy, która zabawiała tłumy wesołych ludzi, zazdrościłem wspominek i podkreślania ważności historii Berlina, miasta, które przez te 20 lat fantastycznie połączyło zarówno kraj jak i jego mieszkańców.


 

Zazdroszczę Niemcom, bo podejrzewam, że już za kilka, a może kilkanaście lat, wygrana z komunizmem będzie powszechnie kojarzona tylko z niemieckim trabantem, z niemiecką prasą podziemną, z wielkimi demonstracjami na ulicach niemieckich miast. A bohaterami upadku komuny będą enerdowscy Niemcy. Z całym szacunkiem dla tych, którzy tam tworzyli opozycję - mam wrażenie, że już niedługo może zdarzyć się tak, że w potocznej rozmowie ludzie młodzi, jeśli w ogóle będą się tym interesowali, zadawać będą pytanie: a co w NRD robił Lech Wałęsa? Bo skoro właśnie w NRD zaczęła się rewolucja, to skąd się tam wziął polski laureat Pokojowej Nagrody Nobla? Być może był tam… na zakupach, może na wymianie stocznia-stocznia, może w ramach wycieczki lub u enerdowskich dysydentów? No bo skoro występuje (czy będzie występował) we wszystkich historycznych opowieściach relacjonujących upadek komunizmu, to jak go połączyć z niemieckimi wydarzeniami?
 

Ta moja zazdrość połączona jest także z wielką bezsilnością, że święto 20 rocznicy obalenia komunizmu tak bardzo przeleciało nam koło nosa – nie pierwszy i nie ostatni raz. Ten niezwykły polski moment, tak ważny w dziejach współczesnego świata, został przez nas niewykorzystany. Rocznicę przeżyliśmy kłócąc się, nie mając za grosz w tych kłótniach dla swojego przeciwnika szacunku, dyskredytując się w sposób wręcz wzorcowy i niszcząc własną historię. Stworzyliśmy po raz kolejny obraz kłótliwego społeczeństwa, które najlepiej po prostu ominąć, izolując od wielkich rocznic, międzynarodowych spotkań i solidnych podsumowań.
 

Przypomnijmy sobie, jak Unia Europejska (w dobrej wierze!) przygotowując teledysk związany z upadkiem komunizmu, odpuściła sobie w ogóle polski wątek. Piszę w dobrej wierze, bo kiedy jej o tym przypomniano, natychmiast ten wątek wprowadziła.
 

Nasze letnie obchody, upamiętniające rocznicę 20 lat wolnej Polski, były po prostu żenujące. Byliśmy świadkami nie jednej, a dwóch uroczystości „ku czci”, z których żadna nie była godna upamiętnienia tych zdarzeń. Żadna nie potrafiła zanurzyć się w radości, że jesteśmy narodem niepodległym. Więc ostatecznie mieliśmy nie jedno, ale dwa skrajnie obce sobie, wrogie, nieprzyjemne spotkania.
 

Wydarzenia artystyczne mające uczcić polskie i europejskie święto, to druga boleść związana z wydawaniem, choć użyłbym tu słowa - szastaniem publicznymi pieniędzmi. Artyści występujący w Polsce kompletnie nie oddali ducha zdarzeń, nie byli nawet z tym duchem związani. Można powiedzieć – festiwal na pieśń, czyli muzyczna opowieść o dupie Maryni.
 

Taka rocznica to jest chwila dla orderów, dla złożenia wieńców, dla pochylenia głowy, jest to chwila dla przypomnienia o historii, o sprawiedliwości, o strachu i upokorzeniu, ale to także chwila, aby przebaczyć a na końcu - by potrafić świetnie się bawić, cieszyć się wspólnym byciem i możliwością życia w nowej rzeczywistości i nowej Europie.
 

Mówi się o nas „ułańska fantazja”, mówi się o nas, że jesteśmy gościnni, mówi się także o naszym wesołym usposobieniu zabawowicza i człowieka otwartego na innych, kiedy w dłoni kielich a stół suto zastawiony. Tak się mówi. I nagle to wszystko, ta cała radość, staje się dziełem ludzi, którzy - wydaje się – są prawdziwie weseli tylko na festiwalu piwa. Tymczasem udowadniają, że potrafią się cieszyć i wykorzystać swój sukces. I tego im właśnie zazdroszczę.
 

Szkoda tylko wielka, że przy tej wspaniałej zabawie mam jednak poczucie zmiany historii. Nie mówię o jej fałszowaniu, ale o pominięciu, chcący lub nie, wielu faktów, także tych dla Polaków ważnych.
 

Na koniec myślę sobie, że najgorsze w tym wszystkim jest być skazanym na wypowiedzi i opinie głoszone wyłącznie przez polityków, którzy wg mnie w żaden sposób nie reprezentują (być może na szczęście) nas wszystkich. Jednak póki co, niestety, świat słucha ich, a nie nas, szanowni Rodacy. Nie nas, Polaków, którzy z zazdrością przyglądają się temu, co dzieje się pod Bramą Brandenburską.
 

(Jurek)
 

04-11-2009  15:20

 

Ludzie mejle piszą...

 

Treść e-maila (pisownia oryginalna)

Wypowiedzi Pana Owsiaka we wczorajszym programie Pana Lisa

Mam nadzieję, że taka wiadomość spotka się z odpowiedzią. Chociaż może być poniżej poziomu Pana Owsiaka.

 

Kiedyś jeden wielki człowiek powiedział:
„Miałem wielki sen. Ludzie byli równi” itd.
Ja dzisiaj mam dobry zawód. Mam 45 lat. W roku 1989 miałem 25. Byłem rok po studiach.
Miałem też piękny sen. Chociaż nie byłem wielkim człowiekiem i nim nie jestem.
„Żyję w kraju bez korupcji i kumoterstwa”.
„Legenda Woodstock nie da się zeszmacić”
„Młodzi ludzie zamiast jechać za granicę mogą zarabiać w Polsce”.
Tego nie ma. Sen się nie ziścił. Ludzie a zwłaszcza te małpy człekokształtne rozrabiające na stadionie. Może te małpy człekokształtne, bardziej zasługują na miano ludzi.

Ja też biegałem po ulicach i bilo mnie ZOMO. Więc się od nich nie różnię. Może Pan się od nas dzisiaj różni.

Dobrego humoru i lepszej kasy. Bo jak się śpiewa „Many , Many” w filmie Cabaret, to wszystko będzie OK.

Krzysztof

 

 

Witaj Krzysztof!

Poziom mój znasz i wiesz, że nie pękam w takich rozmowach, więc oczywiście odpowiem na każdego mejla który posiada nadawcę. Rozumiem Twoje rozczarowania i to, o czym piszesz. Wydaje mi się, że w programie Tomasza Lisa mówiłem wyraźnie o zdarzeniach, które nie wyskakują jak filip z konopi, a wobec których nie wyciągane są żadne konsekwencje w publicznej, a także i prawnej ocenie ich negatywności.

 

Jestem kibicem, który niestety nigdy z wnuczką nie wybrałby się na mecz piłki nożnej, ponieważ nie chciałbym, żeby słuchała śpiewnego fakowania, żeby przeżywała strach spowodowany możliwą bitwą, a na końcu, żeby nie była świadkiem ewentualnego słabego i nudnego meczu.

 

Odnosząc się do samego mejla - przyzwyczaiłem się do najróżniejszego rodzaju inwektyw  kierowanych w moją stronę, a pisanych anonimowo, w których wszystko co przychodzi do łba - najczęściej niezadowolonym i zgorzkniałym ludziom - jest wypisywane. Najczęściej łączy się to z kasą, która zdaniem autorów listów jak manna z nieba spada do moich stóp. I nie ukrywam, że na Twojego mejla zareagowałem na końcu grymasem, bo też o tej kasie wspomniałeś. Ale przecież nie o to chodzi, a o piłkę, więc o piłce będę pisał. Ważne jest, abyśmy mogli rozmawiać przyjmując różne punkty widzenia. Bo trudno mi jest zgodzić się z życzeniem śmierci dla drugiej osoby (mam tu na myśli hasła wykrzykiwane na trybunach), trudno zgodzić się z rozwalaniem stadionów i napierdalanką na ulicy, a także ogromną agresją, która przechodzi na miejsca, przedmioty, zupełnie przypadkowych ludzi. I nawet, jeśli to robi mała grupa kibiców, to "robi ona opinię" wszystkim fanom piłki.

 

Dlatego z taką determinacją, obawami, nerwem, ale z konsekwencją, spotykamy się z ludźmi na chociażby Przystanku Woodstock, gdzie też gramy w piłkę nożną już od wielu, wielu lat i gdzie wprowadzając jasne i czytelne zasady, przestrzegamy ich do samego końca. Nie przyjeżdża tam kilkaset tysięcy aniołów i prymusów. Przyjeżdżają ludzie różni. Ale dzięki najprostszej, ludzkiej umowie i wprowadzeniu kilku zasad, czynimy to miejsce bezpiecznym i bardzo pozytywnym dla jego uczestników. I mimo że czytam później w prasie o narkotykach, morzu alkoholu i wszelkich patologiach, to na końcu policyjne statystyki przedstawiają rzeczywisty, spokojny obraz festiwalu.

 

O piłce nożnej wypowiadają się fachowcy, specjaliści, dziennikarze, socjolodzy, politycy. Dołączam do tego także ja – Jurek Owsiak zaproszony do programu Tomasza Lisa. I zapytany - mówię, co myślę - najczęściej po zdarzeniach masakrycznych, które mają miejsce na stadionach, jest święte oburzenie. A dzień później już o wszystkim zapominamy i tak koło się zatacza.

W programie w żaden sposób nikogo nie porównywałem do istot człekokształtnych, za to mówiłem o nieprawdopodobnym rasizmie nie tylko wśród kibiców, ale także wśród samych graczy, którzy nosili na koszulkach niewybredne rasistowskie napisy. Staram się też nie używać pojęcia „pseudokibic”, gdyż stało się ono jednym słowem, którym dziennikarze załatwiają chuligańskie zdarzenia.

 

Każdy z nas chciałby czerpać z piłki nożnej same przyjemności, zostawiając najbardziej gorące dyskusje tym, którzy chcą na ten temat rozmawiać w swoim gronie. Mecze ligi i Ekstraklasy to nie spotkanie kupli na podwórku, tylko transmisje telewizyjne w najwyższej rozdzielczości, dostępne milionom ludzi.

To stąd się bierze moja przekora, żeby na stadionie w Chorzowie przypomnieć fakt sprzed kilkudziesięciu lat. Opowiedzieć publiczności, która siebie nawzajem nienawidzi, i która na końcu być może nawet o tych faktach niewiele wie – że Deyna, że wspaniały rogal, że dzięki temu mistrzostwa świata.

Nie chcę siebie nigdy ograniczać w wypowiedzi. Dlatego otwarcie powiem,  że wychowałem się obok Legii i szanuję także bardzo warszawską Polonię. I mogę tylko marzyć, że w przyszłości na stadionach nie będzie gwizdów, ale oklaski. A Ci, którym ten sport jest obojętny, będą tylko i wyłącznie słuchali.

 

Jeśli w czymkolwiek Ciebie obraziłem, to albo odniosłeś moją opinię  o tej sytuacji bezpośrednio do siebie – wtedy jest mi tylko przykro, że taki ton złego kibicowania jest Tobie bliski – albo po prostu jest to tylko kwestia, być może, nie zrozumienia moich intencji.

Bo w programie, gdzie prowadzący wciąż przerywa, nie da powiedzieć do końca, ma gotowe pytanie i odpowiedź, wypowiadać się nie jest łatwo. I tak naprawdę jest to bardzo denerwujące, kiedy pragniesz być dobrze zrozumiany przez widzów, a ktoś Ci to uniemożliwia.

Bo reasumując, widzę zjawisko, z którymi nie uporaliśmy się tłumacząc jednoznacznie, czy jesteśmy za, czy przeciw. Dlatego też przytoczyłem wspomnienie tej sławetnej w latach 90-tych demonstracji, podczas której któryś z panów Kaczyńskich i ludzi tworzących wtedy jego partię jako opozycja niezadowoleni z rządów Lecha Wałęsy, zorganizowali marsz, gdzie w zawartym szyku udali się wszyscy pod Belweder, aby tam na końcu wyrazić swoje niezadowolenie. I do tego momentu demokracja pokazuje swoje wspaniałe możliwości i choć utrudnia życie miasta, to jest tym czymś, o co ludzie przez tyle lat walczyli.

Tylko że niezadowolenie przeradza się w widowiskowe spalenie kukły Prezydenta pod oknami jego domu. Nie mieści mi się to w głowie, nie przyjmuję tego, nie kojarzy mi się to z polską kulturą, z polską tradycją. Widzę w tym Ku Klux Klan, widzę w tym stos książek palonych przez fanów Adolfa Hitlera, widzę w tym moment, w którym nienawiść rzuca płomień w stronę domu, w stronę człowieka, widzę w tym potęgę strachu tych, którzy być może zza tych okien patrzą na tłum z groźnym ogniem. Wśród tych demonstrantów był mój bardzo bliski przyjaciel, który po całej zadymie rozgrzany w emocjach mówił, jak było rewelacyjnie, bo przecież nie sposób, żeby Lechu nie zobaczył woli demonstrantów. Wszyscy siedzieliśmy na prywatce, słuchaliśmy muzy, piliśmy wódkę. I w tym jednym momencie zrobiło się zimno, chłodno i po prostu przyjaźń się skończyła.

No więc o to, Krzychu, chodzi mi w tym, o czym mówię. Żeby już do tego nigdy nie dochodziło i żebym ja także w swoim sercu zmienił myślenie o nas, bo wtedy wydawało mi się, że już gorzej być nie może. A przecież dopiero wielkie wspaniałe Finały, ogromna masa przyjaznych ludzi w ten zimowy dzień i wielki ogromny tłum na Przystanku Woodstock pokazał, że możemy tworzyć rzeczy niezwykłe i dalekie od tych, o które nas się schematycznie podejrzewa na całym świecie. Zapraszam do udziału w tym co my robimy. Przeczytaj o szkoleniach Pokojowego Patrolu, przyjedź, pomóż nam przy kolejnym  Przystanku Woodstock. Zawsze potrzebujemy ludzi do chociażby działań przy wielkim turnieju piłkarskim, który rozgrywamy w samym środku festiwalowych wydarzeń, na polu pod sceną, pod hasłem „Wykopmy rasizm ze stadionów”.

 

Zgłasza się coraz więcej chętnych do gry. To drużyny powołane do życia na polu wśród biwakujących. I są to chyba jedyne rozgrywki piłkarskie, w których naprawdę liczy się przyjemność z gry i zachowania fair wobec przeciwnika.

Pozdrów swoich znajomych i przyjaciół.

Serdeczności! Sie ma!!!

 

Jurek

Strona Główna | English | Kontakt | Fundacja | Nasza działalność | Finał WOŚP | Przystanek Woodstock | Pokojowy Patrol | Uniwersytet | Uczymy Ratować | Medycyna | Forum WOŚP | Strony Jurka Owsiaka | Złoty Melon | OTV | Sklepik WOŚP | Radio Woodstock