Mini blog Jurka Owsiaka

maj (ilość wpisów: 2)
20-05-2009  15:46

Coraz bliżej do 40-tej rocznicy amerykańskiego festiwalu Woodstock’69 więc i dziennikarze coraz częściej będą zajmować się tematem. Na pewno jest on impulsem do wielu najróżniejszych przemyśleń.

Kilkanaście dni temu, wracając z Odessy do Warszawy, mogłem spokojnie w samolocie przeczytać artykuł Pauliny Wilk, opublikowany w Rzeczypospolitej, p.t. „Nie ma drogi do Woodstock” (znajdziecie go chociażby tutaj). Generalnie pani Paulina, przypominając dokładnie i rzetelnie historię festiwalu, wysnuwa też teorię, że było to jednorazowe zdarzenie – oczywiście ma rację! – i że w żaden sposób nic dziś nie tylko nie przypomina tamtych dni, ale też żaden późniejszy, podobny pomysł nie zbudował niczego ważnego wokół wydarzeń na farmie Bethel, gdzie 40 lat temu rozpoczęto prace nad organizacją najsłynniejszego festiwalu na świecie – tu autorka już racji absolutnie nie ma.

Istotnie, sam zastanawiam się, czy w ogóle warto dzisiaj pochylać się nad tym, co teraz już tylko pachnie muzeum, a odżywa, przynajmniej w Ameryce, jedynie i wyłącznie w momentach okrągłych rocznic. Mnie osobiście muzeum Woodstock bardzo się podobało. Prawdę powiedziawszy, choć pani Paulina na podstawie dobrze napisanych książek przytoczyła istotne i rzeczywiste fakty dotyczące historii festiwalu, to jej opis muzeum nie przystaje do rzeczywistości. Odczuwa się, że autorka dystansuje się do tego rodzaju pomysłów, nawet lekko je wyśmiewając. Wydaje się przy tym, iż wynika to bardziej z intencji, by zanegować ten pomysł, a niżeli z konkretnej wiedzy wyciągniętej z pobytu w muzeum. Otóż opisane tu fakty nijak z rzeczywistością się nie zgadzają i w żaden sposób nie potwierdziłbym tego „starczo-partyzanckiego” klimatu, w jakim pani Paulina widzi Muzeum Festiwalu Woodstock’69. Ja w tym muzeum byłem i widziałem tam bardzo młodych ludzi, widziałem też ludzi w moim, czyli „zbowidowskim” wieku - w niczym to nie przeszkadzało rodzinnej, miłej atmosferze, podobnej do setek muzeów jakie powstają w Ameryce często z byle czego.

Czy Amerykanie istotnie tak mocno utożsamiają swoją historię z festiwalem Woodstock? Kiedy rozmawialiśmy z 40-, 50-latkami, a także i z młodymi ludźmi, każdy na dźwięk nazwy festiwalu „Przystanek Woodstock” od razu kojarzy sprawę i wie, o czym mowa. Mało tego, każdy jednym tchem wymienia muzyków występujących na tej legendarnej scenie, którzy na szczęście nie są w Ameryce na artystycznej emeryturze, a wręcz przeciwnie, wielu z nich cały czas jest cenionymi, aktywnymi i odnoszącymi sukcesy twórcami. Za to młodzi Amerykanie podziwiają nasz polski pomysł organizacji wielkiego festiwalu, który w nazwie ma słowo „Woodstock”. Kiedy pokazujemy im chociażby krótkie filmiki na kanale YouTube obrazujące nasz Przystanek, wszyscy reagują podobnie – „Cholera! To naprawdę przypomina atmosferę amerykańskiego Woodstock!” A przecież ci ludzie są o połowę młodsi od historii tych wydarzeń. Oznacza to, że tak Woodstock’69 zbudował swój wyraźny i trwały obraz, kojarzący się z dobrze zorganizowaną publicznością, która w pozornym, totalnym bałaganie stworzyła niespotykaną więź społeczną. To z kolei pozwoliło tysiącom uczestników festiwalu wyjść obronną ręką ze wszystkich niedogodnień mocno „przeludnionej” imprezy. Otóż przyjechało tam dużo za dużo ludzi, nie było gdzie zostawić samochodów, było za mało toalet, nie było wystarczającej ilości jedzenia czy odpowiedniej opieki sanitarnej. Koncerty nieprawdopodobnie się przeciągały, nie funkcjonowało w takim pojęciu jak dzisiaj pole namiotowe, ludzie często musieli koczować na miejscu kilka dni, a dodatkowo jeszcze złapała ich tam ogromna burza, zamieniając cały festiwalowe wzgórze na jedno wielkie błotne grzęzawisko. Te właśnie zarejestrowane obrazki uczyniły z tego festiwalu pewien symbol, oparty o kolor i sposób bycia tak organizatorów, jak i półmilionowej widowni. Można śmiało powiedzieć, że trudno szukać takich obrazków dzisiaj, podczas wszelkiego rodzaju wielkich koncertów czy letnich festiwali w całej Europie, podporządkowanych niezwykle ścisłym i restrykcyjnym wymogom służb porządkowych. Dziś wygląda to jak wielkie do potęgi klubowe granie pod gołym niebem. Raczej nikt nie machnie flagą, bo to zabronione. Tłum się nie rozejdzie do namiotów, bo stoją one daleko od festiwalowej sceny. Bilet kupiony przez uczestnika festiwalu zobowiązuje obie strony do wypełnienia umowy związanej z artystą, który często może nawet nie do końca wie, gdzie gra.

Nic tym koncertom nie odmawiam! Są absolutnie profesjonalne, grają na nich wielkie gwiazdy. Trudno jednak, żeby stanowiły jakieś milowe kroki w młodzieżowej obyczajowości. Kolejne festiwale, kolejne gwiazdy i tyle.

Historia amerykańskich festiwali Woodstock, a konkretnie trzech edycji, jest bardzo wyrazista. Ten pierwszy, a potem, wiele lat później, drugi i trzeci, które od strony ideowej pogrzebały kompletnie dorobek pierwszego. Z drugiej jednak strony można śmiało powiedzieć, że na ich popiołach wyrósł nasz Przystanek Woodstock, który od kilku już lat wyszedł bardzo daleko poza granicę jedynie polskiego grania. I tutaj moja uwaga do artykułu Pauliny Wilk.

Pani Paulina utrzymuje, że skończył się Woodstock, skończyło się też wszystko, co można było z tym łączyć. Potem nie wydarzyło się już nic takiego na świecie, co by choć w maleńkim stopniu można było porównać z tym społecznym spotkaniu fanów muzyki, którzy niechcący stworzyli ramy chwilowego, krótkotrwałego, ale ważnego przedsięwzięcia socjologicznego. Pani Paulino, jako mieszkaniec Ursynowa, a konkretnie Kabat, sam często się łapię, jak bardzo mało wiem o tym, co się dzieje każdego dnia w Warszawie. Ogromna ilość imprez, ogromna ilość działań i aktywności, o których często nie mam zielonego pojęcia. Nie wiedząc o tym, nie interesując się tym, sam często popadałem w pewną rutynę twierdzenia, że nic ciekawego się nie dzieje. Otóż gdyby Pani zawitała na Przystanek Woodstock, zobaczyłaby Pani, że zbudowany on został na trochę bajkowych, trochę wyśnionych i wymarzonych ideach amerykańskiego Woodstock, które jednak sprawiły, że koncert ten już po chwili poszedł własną drogą. Moim zdaniem, nic nie tracąc z niezwykłego kolorytu jaki towarzyszył pomysłowi na początku. Idea Woodstock stworzyła na dłuższą metę rzeczy niezwykle trwałe i istotne dla przybywających tu, w Polsce, w środku lata, sympatyków muzyki. Okazało się wnet, że nie tylko muzyki, bo przede wszystkim bycia ze sobą, a od kilku lat także chęci udziału w bardzo ważkich, mądrych i istotnych dyskusjach z gośćmi na Akademii Sztuk Przepięknych. Jednak najważniejsze jest to, że tłum podobny do tego sprzed 40 lat w Ameryce, nauczył się koegzystować ze sobą, a także wypracował niezwykle trwałe zasady życia, wolności, tolerancji i szacunku, napędzając przy okazji wiele dobrych emocji na dni pofestiwalowe Nie starczy palców w obu dłoniach, aby wyliczyć tzw. działania oddolne – formujące się wśród Woodstockowiczów wioski, brodaczy, bębniarzy, motocyklistów, czy chociażby różne aktywności organizacji pozarządowych. Impuls do tego wszystkiego dały ideały, które 40 lat temu zafunkcjonowały na 3 dni, a później stały się motorem do działań w całych Stanach Zjednoczonych, zmieniając w sposób istotny obyczajowość, kulturę i politykę tego najpotężniejszego kraju na świecie.

Korelacje między działaniami Orkiestry a byciem razem latem na Przystanku Woodstock są bardzo mocne. Jeżeli tym festiwalem faktycznie i dotykalnie dziękujemy tylko małej grupie osób bawiących się podczas imprezy, to jednocześnie wytwarzamy wśród nich nieprawdopodobną energię, popychając tych najbardziej aktywnych do podjęcia się ogromnej ilości ważnych społecznie działań. Wszystko tworzy się na festiwalu i jak w tyglu, z roku na rok, rozwija jeszcze mocniej pod nazwą Przystanek Woodstock .

Wszystko to widać to gołym okiem, kiedy się na festiwalu jest. Ma on swoje plusy i minusy, ale niewątpliwie cały czas jest miejscem sprzyjającym tworzeniu i rozwijaniu nowych pomysłów. I okazuje się, że to właśnie miejsce w tym roku jest najlepszym do celebrowania 40-tej, światowej rocznicy amerykańskiego Woodstock. Przyjedzie do nas Michael Lang, wspomniany przez autorkę artykułu jako organizator i w pewnym sensie „wynalazca” Woodstock’69. Wspólników produkujących festiwal było trzech, a dzisiaj nie bardzo mogą się ze sobą dogadać, jak tę rocznicę należy celebrować w Stanach. My już kilka miesięcy temu zaproponowaliśmy Kostrzyn n/Odrą i Michael Lang uznał, że jest to bardzo dobre miejsce. Być może okaże się też jedynym na świecie, które z konsekwencją, rozmachem i świadomością istoty sprawy odegra hymn dla uczczenia tego ważnego jubileuszu. A będzie to zaledwie część normalnego, festiwalowego życia.

Wspomniał o tym Michael Lang w liście do New York Timesa, będącym odpowiedzią na opublikowane tam podobne zarzuty i opinie w stosunku do amerykańskich obchodów 40-lecia Woodstock, jakie wygłosiła pani Paulina Wilk. Michael Lang w liście tym mówi o polskim Przystanku, podkreślając, że tutaj idea ta nie zrodziła się rok czy dwa lata temu, tylko po raz 15-ty setki tysięcy ludzi utożsamiających się z woodstockowym festiwalem, robi swoje w sposób niezwykle bliski temu co działo się na Woodstock’69. Mam nadzieję, że Michael Lang odczuje to osobiście w tym roku. Panią Paulinę za to po prostu zapraszamy na tegoroczny Przystanek Woodstock. Niekoniecznie, żeby zmienić swoją opinię w tym temacie, bardziej żeby nabyć lepszej optyki do budowania swoich teorii.

Ja ze swojej strony tylko powiem, że sam ruch wokół festiwalu w Internecie, wśród ludzi często nastoletnich, upewnia mnie, że realizujemy coś, co ma ducha, ma sens i nosi w sobie wielki potencjał twórczy, który każe optymistycznie patrzeć na losy Przystanku Woodstock w przyszłości.

Jurek Owsiak

15-05-2009  13:29

Piszemy książkę o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. To znaczy, nie my ją piszemy, tylko redaktor z bardzo znanego wydawnictwa, które zgłosiło się do nas, aby z okazji 18. Finału wydać książkę opowiadającą historię Fundacji z całą masą bardzo barwnych szczegółów i faktów. Na potrzeby tej książki wyciągnęliśmy ogromną ilość pamiątek: identyfikatorów, plakatów, nie mówiąc o archiwalnych artykułach z gazet.

Tak więc siedzimy nad tymi „skarbami”, przeglądając całą dokumentację, która już sama w sobie, nawet bez dopisywania treści, jest bardzo rozpoznawalna, czytelna, mocno umiejscowiona w czasie. Przy okazji, tworząc tę książkę, przypominamy sobie i wszystkim dookoła, jak do tego doszło.

Ja też przyniosłem całą furę swoich osobistych dokumentów i pamiątek, które niekiedy w sposób niewytłumaczalny zostały zachowane, unikając wyrzucenia i zniszczenia. A więc nagle wyciągam dokładne, co do złotówki, rozliczenie finansowe festiwalu w Jarocinie z 1991 roku. I na przykład zespół Pabieda kosztował ok. 2 mln ówczesnych złotych, a Brygada Kryzys – 30 milionów. Kiedyś warto będzie jeszcze o tym napisać.

Wracam jednak do tytułu dzisiejszego bloga – „Pierwszych 500 dni”. Otóż spośród tych moich szpargałów wyciągnąłem też dokumenty z okresu stanu wojennego. Gazety „drugiego obiegu”, mnóstwo ulotek czy znaczków-ciegiełek drukowanych z informacją, że jest to na pomoc dla internowanych. W tym wszystkim znalazł się także komiks autorstwa Jacka Fedorowicza, opisujący okres od powstania do siłowego zamknięcia Solidarności, czyli do dnia ogłoszenia stanu wojennego. Doskonale narysowany! Wszystko bardzo czytelne i wiernie oddające rzeczywistość. Rozpoznajemy twarze osób dzisiaj znanych, przyglądamy się też tym, których nazwiska znane były wtedy, a dziś przepadły w gąszczu historii. Cały ten komiks to zbiór faktów i zdarzeń. Dziś, być może, taka forma dokumentowania historii nie wytrzymałaby próby czasu, być może, aby zainteresować teraz kogoś taką tematyką, należałoby stworzyć inną w formie opowieść. Swoją drogą wiem, że takie próby już poczyniono.

Ja wracam jednak do komiksu. Trzymając w ręku to dzieło, przypominam sobie emocje jakie odczuwałem wtedy, prawie 30 lat temu. Czułem i byłem przekonany, że siłowo zlikwidowano ogromny, oddolny, pełen zaangażowania, uczciwy i wspaniały ruch społeczny. Nigdy nie należałem do Solidarności, ale emocjonalnie w 101% się z nią identyfikowałem. W pierwszych dniach stanu wojennego, podobnie jak miliony Polaków, zaciskałem pięści z wściekłości! Wg mnie była to niewola narzucona narodowej jednomyślności. Miałem wtedy poczucie, że cały nasz Naród jest jednością, że o to samo chcemy walczyć, reprezentujemy tę samą postawę etyczną i moralną.

Od tego czasu minęło grubo ponad ćwierć wieku! Nie jeden wiek, nie dwa wieki, jak chociażby w przypadku zaborów! Minęło ćwierć wieku, przy czym z tego okresu jedynie 10 lat to czasy realnego idiotyzmu socjalistycznej ojczyzny, a później już wspaniały czas budowania niepodległości. Czas, w którym Polacy mieli dodatkowe, wyjątkowe wsparcie, wręcz absolutny, historyczny i jeden na milion traf w postaci Papieża Polaka. Bez względu na to, jakie mamy podejście do religii, ten stan rzeczy wyciągał nas z otchłani światowej, pomagając w bardzo wielu historycznie istotnych i ważnych dla nas sytuacjach. Minionych 20 lat niepodległości to, wydawałoby się, nieprawdopodobny upominek dziejowy, który powinien zaważyć na wszystkim co bogate, syte i zadowalające obywateli tego kraju.

Myślałem o tym, trzymając w rękach cały czas komiks Jacka Fedorowicza. Poczułem też, choćby po zerknięciu na pierwszą stronę, bolesny chichot historii. Otóż na tej stronie Gwiazda, Walentynowicz i Wałęsa – jest to komitet solidarnościowy, który przygotowuje strajki Sierpnia’80. Następnie opisane i obrysowane zostały coraz to nowe, nierealne dzisiaj sytuacje. Ta trójka solidarnościowych działaczy to wówczas byli ludzie budujący wspólny opór przeciwko komunizmowi. Dzisiaj są na ścieżce wojennej, i to krwawej, bezpardonowej, trzaskającej dookoła wiórami. Oto w ciągu tych 20 lat niepodległości, jako kraj katolicki, przyglądając się jednocześnie twórcom niepodległościowych przemian jako zapalonym przecież Katolikom, widzimy absolutny brak poszanowania podstawowego dekalogu chrześcijańskiego. Nie ma w ich wykonaniu „wybacz”, są za to nieczyste insynuacje, nienawiść, złość. Bohaterowie komiksu Fedorowicza pochylali się przed Papieżem, przyjmowali Jego nauki, poddawali się Jego wizji świata, w której nie było awantur, mordobicia i wzajemnego szkalowania. Komiks ten opowiada o niesamowitej Atlantydzie sprzed 30 lat! Opowiedziana w nim historia jest tak nieprawdopodobna, że można powiedzieć – jest to wręcz archeologia!

Niestety, jak wcześniej napisałem, chichot historii jest tu jednoznaczny i bezlitosny. Pisał Wyspiański „Miałeś, chamie, złoty róg”. Nie myślał wtedy Wyspiański o Solidarności, ale na pewno myślał o wolności dla Polski. Dziś mamy wolność, którą przepuszczamy przez palce i całe szczęście, że teraz już nie czasy królewskich armii, które napadają, zabierają, odbierają, podbijają. Na szczęście wspólna Europa jest od tego z dala, a zależności tworzą się zupełnie inne – ekonomiczne.

Czuję jednak wielki, ogromny żal, że komiks Jacka Fedorowicza wytrzymał tylko te 500 dni Solidarności, a potem w ukryciu jeszcze następnych 8 lat, do 4 czerwca 1989 roku, kiedy poszliśmy na wolne wybory.

Wtedy zdawało nam się, że tak dużo wreszcie otrzymujemy od Dobrych Aniołów! Dziś można by rzec za słowami Lecha Wałęsy wypowiedzianymi w Kongresie Stanów Zjednoczonych – „My, Naród… schrzaniliśmy sprawę”.

Jurek

Strona Główna | English | Kontakt | Fundacja | Nasza działalność | Finał WOŚP | Przystanek Woodstock | Pokojowy Patrol | Uniwersytet | Uczymy Ratować | Medycyna | Forum WOŚP | Strony Jurka Owsiaka | Złoty Melon | OTV | Sklepik WOŚP | Radio Woodstock