Mini blog Jurka Owsiaka

sierpień (ilość wpisów: 1)
31-08-2009  10:21

 

Chcę tutaj napisać kilka słów o koncercie, który odbył się na XV Przystanku Woodstock i był tak zwanym Koncertem Jubileuszowym. Zacznę od najważniejszego stwierdzenia.

 

Na tegorocznym XV Przystanku Woodstock, na który zjechało 400 tys. (a momentami istotnie czuliśmy, że było z pół bani) ludzi, akredytowało się ok 200 dziennikarzy, wśród nich nie było żadnego z miesięcznika poświęconego muzyce rockowej - „Teraz Rock”. I nie pierwszy raz mówiłem o tym ze sceny i mówię o tym teraz, bo dziennikarz, a może i dziennikarze tej gazety, rokrocznie są przez nas poszukiwani. Nie dla satysfakcji, czy potwierdzenia ich niebycia, tylko wręcz przeciwnie. Chcemy zaprezentować im wszystko, co się dzieje na naszym festiwalu, aby mogli się tym dzielić ze swoimi z czytelnikami. Rok temu, wywoływany przez nas dziennikarz, przybiegł z pola, gdzie z przyjaciółmi miło spędzał czas w namiotowym klimacie. Szkoda, że wśród tych namiotów zabrakło prasowego.

 

W tym roku, o czym już pisałem w nowinkach, żaden z obecnych dziennikarzy nie poprosił o wywiad z Michaelem Langiem, a dosłownie kilku poprosiło o rozmowy z wybranymi muzykami. Rok temu organizowaliśmy konferencje prasowe z artystami, ale przychodziło na nie po kilku dziennikarzy, co po prostu było obciachem. Dlatego właśnie ograniczaliśmy się tylko do rozmów z internautami na czacie (wielkie dzięki dla całego zespołu Ei, która jest duchem tego całego przedsięwzięcia).

 

 

Koncert 40-lecia.

O samej rocznicy mówiliśmy u nas w Fundacji już od ostatniego Finału. Szukaliśmy patentu, szukaliśmy pomysłu, głównie związanego z tym, aby przekonać Michalea Langa do zrobienia rocznicowego koncertu nie w Berlinie, ale w Kostrzynie. Lang budował swój pomysł na stronach internetowych i, jak przeczytaliśmy, w grę wchodziło wydarzenie o dwóch wymiarach - koncert w Central Parku w Nowym Jorku i zazębiający się w różnicy czasowej koncert w Berlinie.

 

Suma sumarum do realizacji tego pomysłu nie doszło, ale wierzyliśmy, że może skusimy machinę organizacyjną Michaela Langa, a przede wszystkim jego samego, do przeniesienia przedsięwzięcia na teren Kostrzyna.

 

Wszystko nabrało większego tempa, kiedy na wiosnę tego roku polecieliśmy do Nowego Jorku i wręczyliśmy Michaelowi zaproszenie do Polski. Nie powiem, nie był wylewny, nie dostaliśmy natychmiastowej odpowiedzi. Ale my obiecaliśmy mu gromkie sto lat i po prostu przyjrzenie się polskiemu Przystankowi Woodstock.

 

I kiedy w maju, w kolejnej swojej podróży po Polsce, słuchałem woodstockowej muzy sprzed 40 lat pomyślałem - a dlaczego by nie odśpiewać tego jeszcze raz w naszym nadwiślańsko - bałtyckim klimacie?

 

 

Pierwszym adresatem pomysłu był Leszczek Cichoński, który szczerze wyznał: Z wielką radością w nim zagram, ale przygotować orkiestrę, chór, artystów - może być ciężko. Kolejny telefon był do Karima (basista VooVoo), który już takie rzeczy robił. Szybkie spotkanie i już na początku czerwca zaczynaliśmy układać listę artystów. Kombinowaliśmy, czy pasowałby nam głos konkretnego artysty do wybranych przez nas przebojów. Wygrzebałem wszystkie swoje płyty, szukaliśmy propozycji muzycznych, potem były telefony. Pierwsze dwa - trochę zimny prysznic, bo artyści odmawiali ze względu na terminy, próby czy pracę w studio.

 

Trzeci telefon był do Licy. Zaproponowaliśmy mu numer zespołu Metallica. Lica zachwycony - czyli już wiedziałem, że ruszamy. Potem były kolejne telefony i tak naprawdę jeszcze dwóch artystów z przyczyn terminowych zagrać nie mogło, a reszta ochoczo przystąpiła do projektu.

 

Karim zaczął rozpisywać nuty, dzielił się z nami dźwiękami z laptopa, co i raz dośpiewując kolejne partie i prezentując - „właśnie tak to będzie szło”. Pojechaliśmy na próbę, która odbywa się 30 km za Warszawą, w Wiejskim Domu Kultury, bo tam, w okolicznym pałacyku, Karim razem z Wojtkiem Waglewskim prowadzą warsztaty muzyczne.

 

Był niemiłosierny upał, my jak zwykle pojechaliśmy z kamerą, aby wszystko zarejestrować. Na miejscu słuchaliśmy wersji „Freedom”, która tam, na próbie z udziałem artystów z Kuby, USA, Nigerii, przechodziła w latynoamerykańskie rytmy z refrenem „Liberte”. Już czułem, co będzie się działo, kiedy w tle pojawią się orkiestra, cały band i kolejne wokale.

Następną piosenką była nowa wersja „Hey Joe” Hendrixa. I kolejne zaskoczenie, że tak to będzie szło.

 

Kiedy wracamy do Warszawy z naszego biura telewizji OTV dzwonią i mówią, że przeszła gigantyczna ulewa i cały nasz magazyn jest zalany wodą. Płynie. A w tym magazynie były przecież wszystkie nasze wydawnictwa DVD i 16 tys. woodstockowych koszulek, które następnego dnia miały jechać do Kostrzyna, na Przystanek. To, co później się stało, będziemy wspominali jeszcze przez wiele lat. Ogromną ilość pudeł musieliśmy upchnąć na 3 kondygnacjach budynku OTV, a następnie ratować to, co zamokło. Znowu gorąco, więc 40 osób czyli cała Fundacja i OTV, rozkładało mokre podkoszulki na trawnikach, tak, że - raz dwa - całe były w pacyfach i różnych innych woodstockowych wzorach. Wszystko rozwieszaliśmy gdzie się dało - i tak całą sobotę i niedzielę. W sumie uratowaliśmy wszystko, jedynie 250 okładek DVD musieliśmy zamówić po raz kolejny.

 

 

Ale wracam do koncertu. Kiedy teraz sobie wszystko przypominam…

Kiedy gramy próbę generalną? W sobotę, punktualnie o 22:00. Godzinna emisja w Canal+. Dla mnie, ale także i dla wszystkich muzyków, była to okazja, aby w całości zmierzyć się z wielkim dziełem, ale także posłuchać jak wytwarza się napięcie, jak to wszystko brzmi. Co do minuty, także dzięki pracy całego staffu, odpaliliśmy koncert. Na scenę zapraszamy Michaela Langa, dziękuję mu bardzo, Michael dziękuje w krótkich słowach publiczności i… Panowie i Panie, koncert rozpoczyna się dźwiękami Orkiestry MTM „Operetka”. Przez dźwięk smyków przebija monumentalny najpierw szmer, a później już głos chóru, który jakby stepował słowo „Woodstock”. Padają pierwsze słowa wielkiego przeboju Beatlesów, który Joe Cocer zaśpiewał 40 lat temu na Woodstock amerykańskim „Z niewielką pomocą moich przyjaciół…” - dopiero rozpoznajemy te słowa w wysokich, wręcz anielskich głosach sopranistek, do których w refrenie dołączają tenorzy, a potem odpala cała rockowa machina i powiem szczerze - dawno nie słyszałem tak pięknie zgranego dźwięku, który niósł w sobie melodię sprzed 40 lat, będąc jej pozorną kopią, mającą w tle tak dużo nowych dźwięków. Głos Piotrka Cugowskiego idealnie wręcz budował atmosferę i wszystkie te falowania operowe były jakby wymyślone w oryginale. I tak już do samego końca. Nie tak jak planowaliśmy przez godzinę, ale przez bite dwie godziny trwa koncert, który porywa. Fantastyczne wykonanie Metallicy – Lica z Kasią Kowalską, Red Hotów, czy dla mnie wręcz genialny set Jimiego Hendrixa (świetny Jorgos Skolias, czy prześliczna solówka na saksofonie Matiki). Co tam się działo!

 

„Foxy Lady” – na zmianę przeciekawy głos Atma Anura, z gitarą Burzy, czy chociażby wyrapowany absolutnie rodem z Bronxu „Hear my train a coming” przez Antara Jacksona, tu z gitarą Wojtka Waglewskiego. Gitarowo projekt wsparł Leszek Cichoński, a to, co zrobił Darek Kozakiewicz, który tym razem wygrał Hymn Polski, niemal uniosło cały Woodstock do góry. Sylwia Wiśniewska, Ricky Lion - to także soliści tego projektu i każdy z nich, to tylko kolejna perełka w zaczarowaniu Hendrixa, którego wydaje nam się, że może grać tylko... Jimi Hendrix.

 

A wszystko to przy udziale na pewno 400 tysięcznej widowni. Myślę, że to była dodatkowa siła, która wyciągnęła z artystów to, co najlepsze. Bo połączenie adrenaliny, stresu, możliwości i radości, daje wspaniałe wyniki. Kasia Kowalska nie ukrywała swego przerażenia, bo zarówno ona jak i wszyscy stwierdzili – Jurek, pierwszy raz grałem dla takiej publiczności. A ja im wszystkim na to – To jesteście w bardzo ekskluzywnym klubie, myślę, że niewielu artystów na całym świecie, miało okazję zagrać dla tak ogromnej publiki.

 

Na trzypłytowym albumie z Woodstock amerykańskiego nie zamieszczono żadnego nagrania Jenis Joplin. U nas set Joplin to rewelacyjne Lora Szafran i Ewelina Flinta. Zresztą Ewelina porwała Michaela, który wielokrotnie później podkreślał, że poziom artystyczny koncertu był bardzo wysoki. Nasz gość na niedzielnej konferencji prasowej wręcz lekko opierdzielił dziennikarzy, którzy zadawali nam – mnie i właśnie Michaelowi – pytania o siedmiu zbójach, zamiast skupić się na muzyce i koncercie, który on tak bardzo przeżył.

 

Adaś Nowak w absolutnie swoim stylu, popłynął Dylanem, po chwili dołączył do niego Wojtek Waglewski. Kasia Kowalska jeszcze raz pojawia się na scenie wraz z Licą, na saksofonie Eldis La Rosa grał „Proud Mary”. Ludzkość już nie widziała, czy to koniec koncertu, czy już teraz mają śpiewać „Sto lat”, czy to jeszcze idzie, czy jesteśmy na antenie? I w tym momencie Canal+ podjął bezprecedensową decyzję - planowany program idzie w kosmos, a transmisja na żywo leci do końca koncertu.

 

A na scenie jeszcze Maciek Januszko, który w swój specyficzny, a także uroczy sposób, zagrał przebój Green Day, „When I come around”. Artur Gadowski z Dylanowskim „Knock’n on heavens door” był bliższy oryginałowi Dylana, niż wersja Guns’nRoses. I po chwili na scenie znowu fura artystów w utworze „Freedom” Richiego Havensa. Nagle numer ten z angielskiego oryginału przechodzi w hiszpańską wersję i to, co wyobrażałem sobie na próbie, zabrzmiało niezwykle świeżą i piękną pieśnią o pokoju i wolności. Następnie fankowy utwór „Sly & family stone”, na którym po mistrzowsku na keysie gra Martin Woess wspierany przez Eldisa La Rose i Matea Pośpieszalskiego na saksofonach, aby później przejść do finału - „Biko” Petera Gabriela.

 

Później ja miałem swoje dwie minuty, powoli żegnaliśmy się z artystami, publicznością, ale mówiłem, że to jeszcze nie koniec festiwalu, tylko dobijamy do brzegu naszych wspomnień. Już wtedy wiedziałem, że byliśmy świadkami przepięknego i bardzo wzruszającego wydarzenia.

 

W tym roku zmieniliśmy zasady przebywania w strefie zero, w tym na scenie. Mogli tam wchodzić tylko ludzie ze specjalnymi opaskami na rękach. Dostali je artyści i ekipa fundacji oraz specjalne służby, które związane były bezpośrednio z koncertem. W czasie koncertu, miałem uczucie, że nagle zrobiło się tych ludzi trzy razy więcej. Wszyscy czuliśmy, że miało miejsce wielkie wydarzenie. I kiedy już definitywnie kończymy koncert, ten ogromny kilkusettysięczny tłum zaśpiewał „Sto lat”. Wtedy pomyślałem sobie, jakże przez ten moment chciałbym być tam, gdzie oni stoją, widzieć scenę, przepiękne światła, kolory, usłyszeć dźwięk i ten wielki szał publiczności, która tańczyła, śpiewała, fantastycznie się bawiła. Poczułem taką wewnętrzną radość, że jeszcze tego samego dnia, przed nimi tyle koncertów, a następnego dnia - kolejny dzień festiwalu.

 

Muzycy jeszcze przez kilka godzin po koncercie, na zapleczu, dzielili się wrażeniami. Za jakiś czas, kiedy obejrzą transmisję, kiedy spokojnie posłuchają już zmasterowanego dźwięku będą mogli ocenić występ. Okazało się, że wszystkie nasze wysiłki, momentami nerwówa, były opłacalne. Faktycznie w ciągu 60 dni stworzyliśmy ten koncert i gratulując sobie efektów, jeszcze im o tym nie mówiłem, ale miałem chytry pomysł…

 

Dzisiaj jest koniec sierpnia i chytry pomysł zaczyna nabierać kształtów. Rozmawiałem osobiście ze wszystkimi artystami, jeszcze raz im gratulowałem i zadałem to ważne pytanie – A gdybyśmy chcieli to powtórzyć w zimę, w wielkich halach, w takiej od dawna nie organizowanej przez orkiestrę trasie koncertowej…? A oni - w każdej chwili.

 

Zacząłem od miesięcznika „Teraz Rock” i na chwilę, pozwólcie, do niego wrócę. Normalnie chciałoby się redakcję zawiadamiać, prosić o pomoc, wspólnie tworzyć pewne wydarzenia rockowe w Polsce. W lipcowym numerze przeczytałem między innymi artykuły o historii Woodstock ’69 napisany na podstawie wydawnictw, książek (swoją droga kilka drobnych błędów, które można było u źródła na Przystanku Woodstock wyjaśnić).  Do tego zwyczajowo o opinie poproszono kilku artystów. Tylko jeden z nich, Krzysztof Jary Jaryczewski, przy okazji wspomniał o nieprawdopodobnym klimacie Przystanku Woodstock, który jest następstwem Woodstock ’94 roku. Po prostu Jary brał udział w naszym festiwalu. Oprócz jego słów - najmniejszej nawet wzmianki o polskim Woodstocku, o pomysłach, o planach o gościach, o idei… nie ma. Ale przecież był to numer lipcowy.

 

Na Przystanku Woodstock wystąpiło ponad 350 polskich artystów, czytaj zespołów, więc jest się kogo spytać. Jedyne polskie pismo rockowe nie zauważyło tego przedsięwzięcia i niestety podało informacje z drugiej ręki, bo nawet nie wysłało swojego dziennikarza na Festiwal.

 

W związku z czym, jeżeli kogoś interesują opisy koncertów, to spróbowałem to chociaż w takiej krótkiej wersji uczynić. Przy okazji serdecznie dziękuję za ogromna ilość maili, w których opisujecie swoje wrażenia z Woodstocku. Jeśli chodzi o gastronomie, to przyjęliśmy Wasze uwagi i w przyszłym roku powrócimy do starych rozwiązań.

 

Sie ma
Jurek


 

Strona Główna | English | Kontakt | Fundacja | Nasza działalność | Finał WOŚP | Przystanek Woodstock | Pokojowy Patrol | Uniwersytet | Uczymy Ratować | Medycyna | Forum WOŚP | Strony Jurka Owsiaka | Złoty Melon | OTV | Sklepik WOŚP | Radio Woodstock