MENU
Przystankowe Nowinki

G a l e r i a
Woodstockowiczów
2 0 0 3


Woodstockowe foty - linkownia

Haltestelle-Woodstock.de

O Przystanku

Regulamin
Przystanku Woodstock


Historia Przystanków
Czymanowo 1995
Szczecin-Dąbie 1996
Żary 1997
Żary 1998
Żary 1999
Lębork 2000
Żary 2001
Żary 2002
Żary 2003
Kostrzyn 2004
Kostrzyn 2005
Kostrzyn 2006

Ściana płaczu...

Przystankowe Puzzle

Wydawnictwa DVD
z Przystanku


Przystanek Woodstock
Najgłośniejszy Film Polski


Pokojowy Patrol

Encyklopedia
Polskiego Rocka
o Przystanku Woodstock


Plebiscyt Złotego Bączka

IV Przystanek Woodstock

Tym razem termin sierpniowy stał się terminem obowiązującym, ponieważ pogoda zapowiadała się tak samo pewnie.

Miasto bardzo, ale to bardzo służyło nam pomocą. Postanowili nawet zainstalować prysznic. Spodziewaliśmy się, że przyjedzie 60-70 tysięcy ludzi. Rozmowy z policją konkretne po ubiegłorocznych doświadczeniach. 

Patrol zwiększyliśmy do 200 osób. Wynajęliśmy ogromne ramię telewizyjne długości prawie 20 metrów, które miało latać nad głowami bawiących się ludzi. Po raz pierwszy stanąć miała polska scena, naprawdę ogromna. 

No i ruszyło. Tak jak w zeszłym roku przybycia ludzi spodziewaliśmy się od strony polowego peronu, specjalnie wybudowanego w "szczerym polu", aby przystankowicze nie musieli wędrować przez miasto. "Gazeta Lubuska" już kolejny raz wydała " Gazetę Festiwalową" - bardzo dobrą. "Radio Zachód" było naszym radiem festiwalowym. Scena się dzielnie budowała, a wielka była jak Pałac Kultury.

Biorąc pod uwagę ilość śmieci, na Przystanek Woodstock Żary`98 musiało przyjechać ponad 150 tys. ludzi. 

Śmieciary kursowały kilka dni w te i nazad, przewożąc ponad 900 m sześciennych odpadów. Głównie plastikowych opakowań po napojach. W ogóle śmieciary w czasie koncertu stworzyły widowiskowe parady, kiedy obsiadło je grubo ponad 100 ludzi. I ta masa ludzka na czterech kołach dojeżdżała do krawędzi pola koncertowego a ostatni schodzący rzucał w stronę kierowcy: Jutro o tej samej porze! 

Prawdę mówiąc, nie spodziewaliśmy się takiego tłumu, więc w kranach i kiblach liczby pozostały niezmienne- 150 plastikowych budek, z czego 10 stało na zapleczu sceny i 120 kranów oraz jedną wielka rura, która jako prysznic jednorazowo mogła oblać kilkadziesiąt osób. I to była jedna jedyna rzecz, na jaką mogli narzekać uczestnicy koncertu. Choć narzekali sympatycznie- I co, kurde, nie wykombinowaliście, że będzie tyle d.. do s... No, jak już powiedziałem, nie spodziewaliśmy się.

Pan Bóg sprawił, że pogoda była super łaskawa dla wszystkich. Ogromne początkowe wiatry ustąpiły na rzecz lekkiego podmuchu, ale i tak starczyło pary, aby przez kilka dni tego wielkiego spotkania fantastycznie łopotało kilka tysięcy flag przywiezionych z całej Polski. I to jest ten niezapomniany widok niespotykany nigdzie więcej. To ogromne namiotowe miasteczko, które na naszych oczach rozrastało się już od poniedziałku rano. Ludzie, którzy tu przyjechali, zadawali nam najbardziej fantastyczne pytanie na świecie: Kto będzie grał? A więc tłukli się tyle kilometrów dla klimatu, dla tej specyficznej atmosfery, jaka tu panuje. A przyjechali jak bydło. Dokładnie. W warunkach urągającym jakimkolwiek normom przewozowym. A przewoźnikiem były Polskie Koleje Państwowe, które pomimo naszych listownych próśb nie widziały powodu, aby podstawić dodatkowe pociągi. Ktoś przysłał do nas e-mail: Do czego można się przyczepić - to ten dowóz PKP - co ci durnie sobie myślą? Jak można tak traktować ludzi? Przecież to było straszne. Ścisk, tłok, kicha totalna. Jedynie konduktorzy i obsługa pociągów robiła wszystko, by nam pomóc. I za to należą im się ogromne

PODZIĘKOWANIA!!!

Koncert jeszcze nie ruszył, a w Panoramie i innych dziennikach lecą krwawe wiadomości. Zdemolowane pociągi, rozwydrzona banda Owsiakowych dzieci jedzie na koncert. Piwo stawiam temu, kto w przedziale, w którym jest 40 osób zajmie się z powodzeniem wyrwaniem stolika, popielniczki, zasłonki czyli ogólnie: podejmie się demolki. Tam pierdnąć nie było można. Ale wiadomość ruszyła dziarską pieśnią w Polskę.

Tymczasem dziesiątki tysięcy zmaltretowanych ludzi wysiądą na naszym peronie. Stamtąd trzeba było jeszcze z buta klepnąć dwa kilometry, aby dojść na pole koncertowe. Nasi ludzie z Pokojowego Patrolu tylko pierwszego dnia wyznaczają kierunek marszu. No, nie da się ukryć, że jesteśmy trochę w obawie przed tą krwiożerczą masą, o której informowały publikatory. Widzimy fantastycznych młodych ludzi z plecakami, namiotami z wielkim uśmiechem, że są, że przyjechali. Najmniejszego cienia agresji, stresu, niezadowolenia. Następne wielotysięczne tłumy przyjeżdżających są prowadzone przez 2 (słownie : dwie) osoby, jedna prowadząca, druga zamykająca pochód.

Przemieszczają się na naszych księżycowych pojazdach-terenowych łazikach, które Fundacja kupiła dla GOPR w ramach pomocy. Dzięki temu pozostała część Pokojowego Patrolu- 140 osób mogło być obecnych cały czas na polu i wokół sceny. A przy tej masie ludzkiej było co robić. Rozdawali gazetę festiwalową, super dodatek do Gazety Lubuskiej, egzekwowali w sposób bezlitosny drugi punkt naszego regulaminu-zakaz wnoszenia opakowań szklanych na teren koncertu. Mieli nawet na tyle energii, aby wyszukiwać plastikowe butelki do tzw. Przelewek dla amatorów taniego wina. Przez cały czas przyjmowali wszelkiego rodzaju zgłoszenia do szpitala polowego, skutecznie utrzymywali wolną przestrzeń drogi pożarowej w tym coraz bardziej gęstniejącym miasteczku namiotowym, zbierali śmieci.

Pracowali 24 h na dobę non stop. Dla siebie też byli bezlitośni. Romeo, ich szef, czterech pogonił za olewanie pracy. Dwoje z nich dało dyla w koszulkach i czapkach patrolowych. Jak czytają te słowa, to niech nam je zwrócą. Podsumowując, nie ma takich słów, które opowiedziałyby o ogromie pracy wykonanej przez te 136 osób.

Na scenie zagrało 47 kapel. Na scenie, która jeszcze w dniu koncertu składała się do końca-a to dlatego, że wymarzyliśmy sobie aby była ogromna i już. I była jak wielki, ogromny dom, zapełniona przywiezionymi flagami, tworząc przepiękną, godną filmów science fiction scenografię. Wieczorem, migotała kilkuset lampami, a spośród nich nieprawdopodobną smugą świetlnych nitek, które sięgały aż do nieba. Ta scena stała się domem dla tak różnej następującej po sobie muzyki. A sto tysięcy rozgrzanych ludzi klepało tuż pod nią glebę, gdy grali Acidzi czy płynęły góralskie rytmy Trebuniów Tutków. To także specyficzna atmosfera i klimat Przystanku.

Bardzo zmienne nastroje muzyczne i brawa dla każdego artysty. A dzięki artystom możemy w swój sposób realizować pomysł na ten koncert. Stówa na łba plus hotel. Ta stówa to zwrot kosztów podróży i micha. Często to tylko częściowo pokrywało poniesione przez nich koszty. Ale traktujemy tę stówkę symbolicznie. Po prostu na tyle nas stać. Ale oni bez pretensji-na scenie dostają takiego kopa i takiej adrenaliny, że - mówią - dla tych kilku chwil warto żyć. Za to im wielkie dzięki!

Co noc na zakończenie koncertu furkotała taśma filmowa na dziadku projektorze w letnim kinie polowym. I co noc tysiące ludzi zalegało na trawie i dawało odpocząć swym ciałom. Bo już od samego rana zaczynało się życie w ogromnym miasteczku Przystanek Woodstock.

I jest jeszcze tyle do zapisania o Pokojowej Wiosce Kriszny, o małej scenie, o obozowisku Bębnoludów i wiejskiej Grupie Obrzędowej, o automatach telefonicznych, stoiskach z żarciem, transmisji internetowej, super działającej policji, radiowęźle Radia Zachód, latającym helikopterze. Jest tyle do napisania o tysiącach nocnych dźwięków dochodzących z namiotów, o kolorach i zapachach i o upiornej babie, która na potęgę handlowała alpagami-po prostu wpychała je w gardła ludziom. I nie było na nią siły. I o lekarzach i pielęgniarkach ze szpitala polowego, o przepięknym pokazie ogni sztucznych i o tym wariacie, który na widok naszej ochrony, tej zawodowej, zakopał siekierkę i dal Jak Boga kocham, słowo, że do końca koncertu jej nie odkopie. I słowa dotrzymał.

W tym roku handlarka alpagami już została pogoniona i nie dostała koncesji. Miasto wprowadza bardziej rygorystyczne przepisy dotyczące handlu. Reszta zależy od nas wszystkich. Mam nadzieję, że będzie bardzo w porządku.