|
Aktualności - Co w prasie piszczy?
26-08-2009 13:45
Co w prasie piszczy?
Standardowo najbardziej gorąca była prasa lubuska. Regularnie i bardzo rzetelnie nakręcała woodstockową, informacyjną machinę. Za to jak zwykle - wielkie dzięki.
Przed Przystankiem
Ponieważ sam Przystanek Woodstock jak nigdy był zapięty na ostatni guzik już na początku czerwca, to i wiadomości o nim było dużo, dużo więcej. Wcześniej pisano o artystach, gościach Akademii Sztuk Przepięknych, zapleczu organizacyjno – gastronomiczno – higienicznym. Tradycyjnie dziennikarze muzyczni dużych, ogólnopolskich gazet nie poświęcili Przystankowi Woodstock wiele miejsca. Także tradycyjnie prasa lokalna była całym przedsięwzięciem bardzo zainteresowana i szukała swoich newsów. Pisali: „Nasz zespół, nasi ludzie, nasi na Woodstock”.
Na Przystanku
Ze wszystkich zeszłorocznych akredytacji tak naprawdę rzeczywistymi okazało się ok. 75 %. Mam tu na myśli dziennikarzy, którzy po prostu pracowali – pisali artykuły, przeprowadzali wywiady itd. A pozostałe 25%? To tak zwani „skoczkowie”, którzy pojawiali się tylko wtedy, kiedy robił się wieczór. Przychodzili posiedzieć przy kawce, ogrzać się w namiocie, rozejrzeć się, posłuchać, ale tylko wyłącznie w celach czysto towarzyskich. Mieli najróżniejsze szyldy – gazet, portali internetowych czy rozgłośni radiowych - i przejawiali praktycznie zero aktywności. W tym roku możemy powiedzieć, że ten odsetek diametralnie się zmienił, a więc blisko 90% dziennikarzy już w formie artykułów, czy dźwięków, dała znać o swoim pobycie na Przystanku.
Jakie reakcje?
Ogromne słowa uznania kierowane są zwłaszcza w stronę koncertu poświęconemu 40 rocznicy amerykańskiego Woodstock. Także wysokie noty uzyskała Akademia Sztuk Przepięknych. Ci, którzy byli przy tych dyskusjach widzieli sens w zaproszeniu tych, a nie innych gości, byli świadkami rozmów, a przede wszystkim pytań, jakie młodzi ludzie zadawali naszym bohaterom. Zresztą cała ASP (teatry, filmy, Muzeum Narodowe w Krakowie) wszystko to pokazało, jak szybko rozwija się ta część Festiwalu. Za to żaden z dziennikarzy nie opisał sceny folkowej, która w tym roku także muzycznie była wyjątkowa i z maili od woodstockowiczów wiemy, że stała na najwyższym poziomie. Szkoda. Konferencje prasowe jak zwykle wypełnione były najpierw moją „gadułą”. A później? Oczywiście pytaniami o incydenty. Dopiero na samym końcu dziennikarze zaczęli interesować się sprawami istotnymi – muzyką, artystami, szeroko pojętą sztuką. Sam Michael Lang – twórca legendarnego amerykańskiego Woodstock - zdziwiony zagadywał – dlaczego nie pytacie o muzykę? Trochę tym zawstydził zgromadzonych, którzy jakby po tej uwadze „przeszli do rzeczy”. Jednak żaden z dziennikarzy nie zaproponował Michaelowi wywiadu. Był dostępny, był chętny do rozmów. Nikt jednak nie zechciał tych chęci wykorzystać. W zasadzie dziennikarze mieli ze swoimi identyfikatorami bardzo duże pole manewru, specjalnie organizowaliśmy im wejścia na scenę, a my także dostarczaliśmy im swoje materiały zdjęciowe i informacyjne. Non stop działały telewizyjne kamery Polsatu i TVN24, które, można odnieść wrażenie, musiały się na początku przebijać do swoich wydawców z klimatem woodstockowych wiadomości. Jak się okazało – zrobiły to bardzo skutecznie.
O czym pisano?
Kolejny news – wystawa antyaborcyjna. Przystanek Woodstock od początku do samego końca, mimo udziału blisko pół miliona ludzi, nie miał żadnych poważnych incydentów, dlatego naszym zdaniem nadmiernie zaczęto rozdmuchiwać ten incydent. Wystawa przecież, można powiedzieć, wdarła się na Przystankowe pole. Woodstock to nie Hyde Park, i nie jest tak, że każdy ze swoją propozycją, jakakolwiek ona by nie była, się na nim pokazuje. Są zasady formalne – wynajęty teren, drogi ewakuacyjne, bezpieczeństwo uczestników, które uzasadniają interwencję służb porządkowych w przypadku złamania tych elementarnych punktów. Są też zasady dobrego i przyjacielskiego współżycia, które nakazują zapukanie do organizatorów i zadanie prostego pytania: Czy można? Sama ta wystawa została już pokazana w wielu miejscach w Polsce, uznano ja za bardzo kontrowersyjną i prawie za każdym razem jej zamknięcie kończyło się w podobny sposób. Ludzie nie akceptując tego rodzaju głosu i sposobu wyrażania swoich poglądów, po prostu go niszczą. Tak się właśnie zdarzyło na Przystanku Woodstock i jako organizatorzy sprawę oddaliśmy na policję. Oprócz policji tą sprawą zajmuje się Nasz Dziennik, który poświęca jej dużo miejsca, budując z tego napięcie godne Watergate.
Tak jak pani doktor Wójkowska istotnie może nie odróżnić Wałęsy od Dalajlamy, bo pani doktor – przypominam – Hanna Wójkowska, rok temu nie odróżniała krwiodawstwa od piekła. Dla niej, co napisała w podobnym artykule, krew pobrana rok temu na Przystanku Woodstock mogła być niedobra, a wręcz satanistyczna, zarażona wieloma chorobami związanymi z narkotykami i alkoholem. Powiedziała to lekarka, co było wstrząsającym dowodem na kompletny brak wiedzy dotyczącej sposobu pobierania krwi przez ambulanse krwiodawstwa i wszystkich procedur, które są związane z samym poborem i użyciem tak zdobytej krwi. Za to inne gazety w zasadzie prawie wszystkie, podały informację, że 2 376 woodstockowiczów w tym roku oddało ponad 1200 litrów krwi. To fantastyczny wynik, zwłaszcza w sierpniu, który od lat jest miesiącem najbardziej krytycznym jeśli chodzi o zasoby krwi potrzebne w 40 milionowym kraju. Ten sam Nasz Dziennik, w nawiązaniu do Powstania Warszawskiego, pisze o „głupim przystanku Woodstock” i braku poszanowania dla narodowych świąt zwracając uwagę Premierowi Mazowieckiemu, że tego dnia był właśnie w Kostrzynie nad Odrą. Za to kilkadziesiąt polskich gazet zauważyło obchodzoną przez nas co roku rocznice Powstania Warszawskiego, czyli zatrzymania koncertu, włączenia syreny i odśpiewania Hymnu Narodowego punktualnie o godzinie 17:00.
Jakim kto chciał widzieć Woodstock, takim go malował
I w tym jest największy problem. Napisać, o czymś, czego się nie widziało i czego się nie słyszało. Tak właśnie zrobił między innymi Marcin Wolski w Gazecie Polskiej, która do złudzenia przypomina mi, człowiekowi, który ma swoje lata, prasę sprzed 30, 40 lat. Retoryka nienawiści do … tutaj Gazeta Polska wstawia różne nazwiska, postacie, sytuacje, fakty, jest tą samą retoryką, która używała sformułowań „AK - zapluty karzeł reakcji”, czy która kazała nam 30 lat temu wierzyć, że działacze Solidarności to pospolici chuligani. Nie być, a napisać – i to jest kolejny ton w artykułach przystankowych. Ton publicystów - od wstępniaków, podsumowań, do zapytania „o co w tym wszystkim chodzi”. Bo problem jest następujący – dziennikarz ma swoją tezę. Przykładowo - autor tekstu z Rzeczpospolitej otwarcie pisze: Nie akceptuję wszystkiego tego, co robi Jurek Owsiak, nie akceptuję jego filozofii życiowej „Róbta co chce ta”. (Swoją drogą, czy naprawdę po raz setny musze tłumaczyć, że to jest tylko tytuł programu telewizyjnego i że jakakolwiek nawet próba myślenia tymi kategoriami sprowadza nas do dyskusji, czy wierzymy w diabły?) I nagle znajdując się w tym woodstockowym tyglu, trudno jest tak od razu znaleźć wyjaśnienie wszystkiego, co się tutaj dzieje. Dziennikarze są więc podejrzliwi dla tłumu, pełni niewiary, czy za pięć minut coś nie gruchnie, nie bardzo ufają pełnemu woodstockowej publiczności namiotowi - że ktoś nie gwizdnie, że nie krzyknie, nie obrazi, nie posieje agresją do gościa, z którym właśnie trwa spotkanie. Po prostu dziennikarze często przyjeżdżają z tak zwanego życia doczesnego, które – czy chcemy czy nie - zbudowało Przystankowi pewną opinię, z którą wciąż się mocujemy. Dlatego tak bardzo namawiamy dziennikarzy do ich osobistego udziału w Festiwalu.
Jeśli już się bierze ten temat na tapetę, to warto wyjaśnić, że pół bańki narodu przyjechało na Festiwal. I tu często zaczynają się wielkie, przecudowne pieśni o siedmiu zbójach. Fachowcy – socjologowie, dziennikarze, tłumaczą, dlaczego naszymi gośćmi byli Wałęsa, Mazowiecki, Kochanowski. Dlatego, że… Zaprosiliśmy ich bo 20 lecie Niepodległej Polski jest ważną datą i była to jedyna okazja, by jedni z najważniejszych ludzi tego okresu byli razem z nami. Zaprosiliśmy dużo więcej gości, ale nie wszyscy mogli do nas przyjechać. Ci, którym udało się dotrzeć do Akademii Sztuk Przepięknych zostali przywitani owacjami. I nie było w tym żadnej socjotechniki (o której także można przeczytać w woodstockowych relacjach), politycznej gry, dyskutowania w „ustawiony” wcześniej sposób czy – jak twierdzi satyryk Wolski – obrzydzania czegokolwiek. Po prostu jako organizatorzy i dzierżawcy terenu zapraszamy kogo chcemy. I okazuje się, że woodstockowiczom bardzo, ale bardzo to odpowiada. Ci sami dziennikarze zza biurka bardzo chętnie generalizują także to, co ja miałem na myśli. Gdyby Słowacki żył, to myślę, że też gały wyszłyby mu na wierzch od tych pytań szkolnych: „Co autor miał na myśli”. Bo oto nie wiadomo z jakiej przyczyny znów rzucane są w naszą stronę hasła: „wyrafinowana gra”, „socjotechnika”, a młodzież woodstockowa przedstawiana jest jako zagubiona w sobie, zjednoczona w wielkiej masie. Piszą o nich – to nie buntownicy! A o jaki do cholery bunt miałoby chodzić? Raz nazywają ich „małomiasteczkowymi", innym razem „ludźmi z dobrych domów”. Czyli jakim kto chciał widzieć Woodstock, takim go malował.
To takie ciekawostki, które generalnie cieszą, bo pokazują jak bardzo jest to interesujące zdarzenie i jak trudne do opisania przez tych, którzy trudnią się tylko i wyłącznie oceną. Na szczęście my robiąc ten Festiwal dokładnie wiemy, co chcemy osiągnąć i konsekwentnym od piętnastu lat działaniem w większości to realizujemy. Pochylimy się bardzo mocno nad krytyką gastronomii, bo istotnie po zeszłorocznym ogromnym bałaganie jaki gastronomia zrobiła, wynajęliśmy jedną firmę, ale ta też nie spodziewała się, że przyjedzie tyle ludzi. W związku z czym wrócimy do konkurencyjnych stoisk.
Prasa pochwaliła dodatkowe prysznice, pole namiotowe, wszystkie działania sportowe, czyli mecze piłki nożnej, biegi, ale jakoś zupełnie mediom uciekło, że blisko ogromna parada motocyklowa tradycyjnie przejechała ulicami Kostrzyna. Organizował ją Chrześcijański Klub Motocyklowy Boangers. Pochwalono bardzo Pokojowy Patrol i jego wszystkie działania (między innymi kilka tysięcy interwencji w naszych szpitalach polowych), pochwalono tabor kolejowy, czyli dowóz i dowóz uczestników i zauważono, że odbyło się bez żadnych incydentów, a słynne kiedyś doniesienia o zdewastowanych wagonach (od początku były one przesadzane i stanowiły istotę woodstockowych doniesień), tym razem dojechały w normalnym, czyli porządnym stanie. Po raz kolejny branżowe media odnotowały udział tak zwanej zony wojskowej, która stała się już absolutnie stałym elementem Woodstock często odwiedzanym przez młodzież.
A jak nam się pracowało z mediami? Bardzo dobrze. Widzieliśmy, jak niektórzy dziennikarze, zwłaszcza Ci telewizyjni, z TVP, TVN24, z Polsatu, z każdą godziną bardziej się rozkręcali. Pokazywali newsy spod grzybka (miejsce, gdzie odbywały się wodne kąpiele), „biegali po Festiwalu” pokazując to, co się na nim działo najpiękniejszego, czyli ogromny, kolorowy i wciąż przemieszczający się tłum fantastycznych indywidualności. I szkoda tylko, że (także, można powiedzieć, tradycyjnie), zabrakło aktywności jednego polskiego pisma muzycznego - Teraz Rock. Na tak wielkim jak my mówimy – najpiękniejszym festiwalu - ich dziennikarz się nie akredytował.
Ale już teraz, po Woodstocku, mamy dla Was bardzo dużo Festiwalowej muzyki. Zapraszamy gorąco do Dźwiękoszczelnego Magazynu Jurka Owsiaka w Radiu EskaRock w każdą niedzielę od 21. Zachęcamy Was także do oglądania kanału ZIG ZAP na platformie CANAL +. Czekamy na Was już od 6 października. Jak się okazało CANAL+ przekazał w sposób absolutnie bezprecedensowy bezpośrednia transmisję z koncertu „40 lat Woodstock”. Dlaczego bezprecedensowy? Ponieważ, transmisja szła na żywo i przewidywana była na jedną godzinę. Koncert trwał dwie godziny i z każda minutą podkręcał emocje kilkusettysięcznej publiczności. I wtedy stała się rzecz, o której zawsze marzyłem, kiedy jeszcze w danych czasach Telewizja Polska późną nocą przekazywała transmisję z Przystanków Woodstock. Żeby muzyka, atmosfera i żar transmisji decydował o telewizyjnym przekazie. I w tym roku zapadła bardzo odważna decyzja. Transmisja trwa, póki koncert gra. Przez ponad dwie godziny widzowie CANAL + także z mieli okazję zobaczyć przepiękny koncert, który, cytując Michaela Langa, pokazał fantastycznych wykonawców i niesamowite możliwości polskich muzyków. Taki zresztą był cały przystanek Woodstock i tak, mimo tych różnych moich dygresji, opisany został w mediach. I za to także wielkie dzięki, bo robimy to wszyscy razem wciąż zmierzając do celu jakim jest międzynarodowy charakter przystanku i spowodowanie, że to nie wielkie pieniądze, ale ludzka serdeczność, mogą stworzyć tak piękną społeczność.
Na koniec - zobaczcie jak nas pokazuje i co o nas pisze prasa międzynarodowa! (Jurek) |
Po wakacyjnym wypoczynku, takim absolutnie bezstresowym, spokojnym i pełnym słońca, powoli nasza Fundacja zapełnia się ludźmi, a ja mogłem pochylić się nad woodstockową prasą, której było bardzo dużo. Jeszcze przed rozpoczęciem Przystanku media powoli się rozkręcały, potem ruszyły z kopyta żeby ostatecznie zakończyć Festiwal ogromną ilością dziennikarskich podsumowań. Trzeba to wreszcie przeczytać.
To już tradycja, że dziennikarze już na wiele dni przed Przystankiem skrzętnie notowali wszystkie ciekawostki z nim związane. Wspominali, informowali, opisywali. A było o czym pisać, bo w tym roku pierwsi Woodstockowi goście pojawili się ponad miesiąc przed rozpoczęciem Festiwalu.
Jeszcze przed startem Festiwalu dostaliśmy rekordową ilość akredytacji, które były płatne. Dlaczego? Były ku temu dwa powody – pierwszy – nie mieliśmy sponsora na cały wielki prasowy namiot, drugi – zrobiliśmy bardzo dokładny przegląd tego, co działo się w namiocie rok temu.
Oczywiście cały pierwszy dzień, to nieszczęśliwy zgon 35 latka, który, wszystko na to wskazuje, zmarł z powodu niewydolności krążenia.
Naprawdę wiele lat temu bardzo śmieszny, dowcipny i inteligentny satyryk Marcin Wolski teraz nie wiadomo dlaczego jest pełen obrzydzenia. Pisze: „osobiście gdybym miał się czymś brzydzić lub czegoś wstydzić, wymieniłbym występy raperów emerytów – Wałęsy i Mazowieckiego na Przystanku Woodstock, podlizujących się woodstockowej młodzieży (…).
Dlatego jesteśmy pełni wdzięczności, że dziennikarz Rzeczpospolitej na końcu przyznaje, iż istotnie Przystanek Woodstock jest taki, o jakim mówią jego organizatorzy. To wspaniała rzecz móc zmienić swój sąd, ale trudniej to zrobić, kiedy jest się w redakcji, za biurkiem.