Numer konta: 23 1240 1112 1111 0010 4196 3411

Aktualności - Jan Skaradziński o XVI Przystanku Woodstock

11-08-2010 09:59

Na Przystanku Woodstock debiutowałem, ale podbudowę teoretyczną miałem taką, że o lepszą trudno. W końcu przez bite pół roku rozmawiałem z Jurkiem o festiwalu, słuchałem wszelkich dostępnych nagrań, oglądałem jedno DVD po drugim – tak powstała książka „Historia najpiękniejszego festiwalu świata”. Wystarczy, żeby wyrobić sobie wyobrażenie. Ale wyobrażenia mają to do siebie, że rzadko ściśle zgadzają się z rzeczywistością. Tymczasem…

 

Kiedy już wyobrażenia nabrały realnych kształtów, smaków i kolorów, kiedy miałem w nozdrzach ten słynny woodstockowy kurz (na taplanie w błocie zabrakło odwagi), największym zaskoczeniem okazało się to, że niewiele mnie zaskoczyło. Że w tym, o czym opowiadał Jurek –człowiek przecież gorącej krwi i mowy barwnej – nic lub niewiele było z przesady. Miał rację co do uśmiechniętej atmosfery w tym ponad trzydniowym mieście-państwie (choć monarchii absolutnej, to oświeconej). Co do jasnych kolorów barwnego tłumu. Co do zainteresowania spotkaniami z gośćmi – nie tylko sławnymi – na ASP oraz co do niepłytkich do nich pytań. Co do otwartości ludzi na muzykę, której – euro przeciw orzechom – na co dzień nie słuchają.

 

Kurczę, to ja okazałem się mało otwarty na tegoroczne dźwięki. Albo zbyt przywiązany do mainstreamu. Nie tego radiowo-telewizyjnego oczywiście, nawet nie tego w rozumieniu podstawowym, ale tego w sensie woodstockowym. A ostatnie wydanie festiwalu wydało mi się najmniej mainstreamowe spośród wszystkich. Taki  „typowo” – ze względu na swą multikulturowość – woodstockowy był dla mnie głównie Peyoti For President. Bo w sumie bardzo mało rockowej klasyki (jeśli w ogóle była), mniej reggae, dużo jazzu, bardzo dużo ciężkiego grania. Przecież nawet Steczkowska nie była na tym festiwalu mainstreamowa, lecz wyznaczała jeszcze jeden biegun.

 

Słyszałem opinie, że jej obecność na liście startowej PW zahacza o nieporozumienie, ale we mnie więcej kontrowersji wywołała Flinta ze względu na ciągłą przepaść między wykonywanymi przez nią „coverami” a repertuarem własnym. Poza tym Duża Scena dla Łąki Łan okazała się… za duża. A że akurat pozostaję odporny na urok Lao Che (dla niektórych nawet zespołu numer jeden imprezy, choć „oficjalnie” ten tytuł należał się Papa Roach), i że akurat miałem szczególny apetyt na Perfect, do występu którego nie doszło w ostatniej chwili (a który wyrównałby proporcje)… Tym gorzej… dla mnie, bo termometr mierzący temperaturę przed sceną – na przykład przy zastępującej Perfect Armii, ale też stanowiących wyzwanie koncertach jazzowo-chopinowskich – nie wskazał, żeby gorzej dla festiwalu. Który po prostu zrobił kolejny krok. Jeszcze jeden od siermiężnych czasów czymanowsko-dąbiańskich. I jeszcze jeden od tego, co z mediów wylewa się przez cały rok.

 

Zresztą coś mi się wydaje, że o specyfice ostatniego wydania festiwalu decydował właśnie jazz i z perspektywy czasu właśnie Kennedy i Możdżer z Tymańskim będą stanowić odzew na hasło „Przystanek Woodstock 2010”.

A może dlatego nie okazałem się specjalnie otwarty, że Owsiak „wychowywał” mnie tylko przez pół roku, i to w Warszawie, a nie w Kostrzynie albo Żarach?

Jeśli coś mnie jednak zaskoczyło, to wysiłek organizacyjny, jakim owo miasto-państwo musi być zarządzane. I jest. Przy tylu wykonawcach, tylu widzach i tylu gościach to niby oczywiste, ale nie dla kogoś, kto się nad tym wcześniej nie zastanawiał… A ów ktoś po paru minutach od podjazdu w okolice sceny został za rączkę doprowadzony na konferencję prasową, po minucie od zakończenia konferencji dostał osobistego przewodnika na właściwe pole kempingowe tudzież wszelkie informacje z plikiem identyfikatorów (każdy upoważniał do czego innego), no a po spotkaniu na ASP czekał na niego jeszcze ciepły pojemnik z obiadem, mimo że kuchnia przestała wydawać dwie godziny temu – a więc ów ktoś sam powinien zatroszczyć się o siebie we właściwym czasie. To nie była zwykła obowiązkowość jednej setnej Pokojowego Patrolu – to była jej najlepsza wola (Małgosiu – dzięki!).

 

I jeszcze jedno zdziwienie – jeszcze bardziej osobiste. Tak się jakoś złożyło, że dopiero w Kostrzynie zapytałem Jurka, czemu to akurat mnie wybrał do współpracy przy „Historii najpiękniejszego festiwalu świata”, skoro ilość osób piszących o większym woodstockowym stażu liczona jest w dziesiątki. Warsztat? Sumienność? Towarzyska – chcę wierzyć – sympatia? Otóż okazało się, że decydujące było docenienie festiwalu w napisanej przeze mnie z Leszkiem Gnoińskim „Encyklopedii polskiego rocka”. Czyli powód w istocie błahy. Bo jak nie doceniać Przystanku Woodstock?

 

JAN SKARADZIŃSKI, współautor książki „Przystanek Woodstock – historia najpiękniejszego festiwalu świata”

 

 
 
 
 
WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZEŻONE ALL RIGHTS RESERVED                 COPYRIGHTS © WIELKA ORKIESTRA ŚWIĄTECZNEJ POMOCY