|
Aktualności - Jan Skaradziński o XVI Przystanku Woodstock
11-08-2010 09:59
Kiedy już wyobrażenia nabrały realnych kształtów, smaków i kolorów, kiedy miałem w nozdrzach ten słynny woodstockowy kurz (na taplanie w błocie zabrakło odwagi), największym zaskoczeniem okazało się to, że niewiele mnie zaskoczyło. Że w tym, o czym opowiadał Jurek –człowiek przecież gorącej krwi i mowy barwnej – nic lub niewiele było z przesady. Miał rację co do uśmiechniętej atmosfery w tym ponad trzydniowym mieście-państwie (choć monarchii absolutnej, to oświeconej). Co do jasnych kolorów barwnego tłumu. Co do zainteresowania spotkaniami z gośćmi – nie tylko sławnymi – na ASP oraz co do niepłytkich do nich pytań. Co do otwartości ludzi na muzykę, której – euro przeciw orzechom – na co dzień nie słuchają.
Kurczę, to ja okazałem się mało otwarty na tegoroczne dźwięki. Albo zbyt przywiązany do mainstreamu. Nie tego radiowo-telewizyjnego oczywiście, nawet nie tego w rozumieniu podstawowym, ale tego w sensie woodstockowym. A ostatnie wydanie festiwalu wydało mi się najmniej mainstreamowe spośród wszystkich. Taki „typowo” – ze względu na swą multikulturowość – woodstockowy był dla mnie głównie Peyoti For President. Bo w sumie bardzo mało rockowej klasyki (jeśli w ogóle była), mniej reggae, dużo jazzu, bardzo dużo ciężkiego grania. Przecież nawet Steczkowska nie była na tym festiwalu mainstreamowa, lecz wyznaczała jeszcze jeden biegun.
Zresztą coś mi się wydaje, że o specyfice ostatniego wydania festiwalu decydował właśnie jazz i z perspektywy czasu właśnie Kennedy i Możdżer z Tymańskim będą stanowić odzew na hasło „Przystanek Woodstock 2010”. A może dlatego nie okazałem się specjalnie otwarty, że Owsiak „wychowywał” mnie tylko przez pół roku, i to w Warszawie, a nie w Kostrzynie albo Żarach?
I jeszcze jedno zdziwienie – jeszcze bardziej osobiste. Tak się jakoś złożyło, że dopiero w Kostrzynie zapytałem Jurka, czemu to akurat mnie wybrał do współpracy przy „Historii najpiękniejszego festiwalu świata”, skoro ilość osób piszących o większym woodstockowym stażu liczona jest w dziesiątki. Warsztat? Sumienność? Towarzyska – chcę wierzyć – sympatia? Otóż okazało się, że decydujące było docenienie festiwalu w napisanej przeze mnie z Leszkiem Gnoińskim „Encyklopedii polskiego rocka”. Czyli powód w istocie błahy. Bo jak nie doceniać Przystanku Woodstock?
JAN SKARADZIŃSKI, współautor książki „Przystanek Woodstock – historia najpiękniejszego festiwalu świata”
|
Na Przystanku Woodstock debiutowałem, ale podbudowę teoretyczną miałem taką, że o lepszą trudno. W końcu przez bite pół roku rozmawiałem z Jurkiem o festiwalu, słuchałem wszelkich dostępnych nagrań, oglądałem jedno DVD po drugim – tak powstała książka
Słyszałem opinie, że jej obecność na liście startowej PW zahacza o nieporozumienie, ale we mnie więcej kontrowersji wywołała Flinta ze względu na ciągłą przepaść między wykonywanymi przez nią „coverami” a repertuarem własnym. Poza tym Duża Scena dla Łąki Łan okazała się… za duża. A że akurat pozostaję odporny na urok Lao Che (dla niektórych nawet zespołu numer jeden imprezy, choć „oficjalnie” ten tytuł należał się Papa Roach), i że akurat miałem szczególny apetyt na Perfect, do występu którego nie doszło w ostatniej chwili (a który wyrównałby proporcje)… Tym gorzej… dla mnie, bo termometr mierzący temperaturę przed sceną – na przykład przy zastępującej Perfect Armii, ale też stanowiących wyzwanie koncertach jazzowo-chopinowskich – nie wskazał, żeby gorzej dla festiwalu. Który po prostu zrobił kolejny krok. Jeszcze jeden od siermiężnych czasów czymanowsko-dąbiańskich. I jeszcze jeden od tego, co z mediów wylewa się przez cały rok.
Jeśli coś mnie jednak zaskoczyło, to wysiłek organizacyjny, jakim owo miasto-państwo musi być zarządzane. I jest. Przy tylu wykonawcach, tylu widzach i tylu gościach to niby oczywiste, ale nie dla kogoś, kto się nad tym wcześniej nie zastanawiał… A ów ktoś po paru minutach od podjazdu w okolice sceny został za rączkę doprowadzony na konferencję prasową, po minucie od zakończenia konferencji dostał osobistego przewodnika na właściwe pole kempingowe tudzież wszelkie informacje z plikiem identyfikatorów (każdy upoważniał do czego innego), no a po spotkaniu na ASP czekał na niego jeszcze ciepły pojemnik z obiadem, mimo że kuchnia przestała wydawać dwie godziny temu – a więc ów ktoś sam powinien zatroszczyć się o siebie we właściwym czasie. To nie była zwykła obowiązkowość jednej setnej Pokojowego Patrolu – to była jej najlepsza wola (Małgosiu – dzięki!).